Rekordy, rekordy, rekordy

Piękna, słoneczna pogoda, rekordowe wyniki, optymizm tryskający na prawo i lewo – tak było przez dwa dni w Krakowie podczas Mistrzostw Polski w Wielobojach i Sztafetach. Na Stadionie Akademii Wychowania Fizycznego działo się naprawdę wiele, a emocje, jakie w paru konkurencjach zbudowały nam lekkoatletki i lekkoatleci, były najwyższej próby.

Królowe i królowie królowej sportu – tak zwykło się mawiać o wieloboistkach i wieloboistach. I wydaje się, że w tym określeniu nie ma cienia fałszu. Wszak uporanie się w ciągu dwóch dni z siedmioma konkurencjami lekkoatletycznymi w przypadku pań i dziesięcioma w odniesieniu do mężczyzn jest rzeczą dla przeciętnego śmiertelnika trudną do ogarnięcia. Oni jednak dają radę. Skaczą, rzucają, biegają i jest im z tym dobrze.

Krakowskie zawody miały wielu bohaterów. Chwała należy się tym, którzy byli na końcowych miejscach; także tym, którzy byli w środku stawki. Życie jednak ma to do siebie, że zawsze i wszędzie największą uwagę przykuwają zwycięzcy. A jeśli przy okazji dokonują jeszcze rzeczy wielkich.

Za rok będziesz rekordzistką Polski – rzekł w marcu 2018 roku do Pauliny Kubis jej trener Kamil Kobiałka. Ktoś sceptycznie nastawiony do takich przepowiedni może dziś powiedzieć: Też mi coś. Na loterii też od czasu do czasu ktoś wygrywa. W przypadku młodej lekkoatletki WLKS-u Wrocław te proroctwa miały jednak solidne podstawy. Od początku swojej przygody z lekką atletyką („wyłowiona” na zawodach szkolnych przez trenera Kobiałkę) wykazywała bowiem ponadprzeciętne zdolności. Bo choć początkowo nie umiała poprawnie biegać (specyficzne wymachy głową na boki), to widać było, że wrodzona szybkość i skoczność są jej potężnymi walorami. Nie dziwi więc, że jej pierwsze starty to były występy w sprintach i w skoku w dal. Trener widział w niej jednak potencjał wielobojowy. Niełatwo było ją namówić do spróbowania sił w skoku wzwyż i biegach przez płotki. Gdy jednak już się to powiodło, było wiadomo, że dobre wyniki w pięcioboju (młodziczki i młodzicy w takiej odmianie wieloboju bowiem startują) są kwestią czasu. W ubiegłym roku start w mistrzostwach Polski w Suwałkach nie za bardzo jednak Paulinie się udał. Zacisnęła wszelako zęby i trenowała dzielnie dalej. A ponieważ – jak zwykła mawiać sama Paulina – ciężka praca popłaca, w końcu przyszły jej chwile. Chwile chwały.

Krakowskie zawody Kubis rozpoczęła do rekordu życiowego na 80 m przez płotki. Potem wyrównała najlepszy wynik w karierze w skoku wzwyż, a w kuli do „życiówki” brakło jej tylko jednego centymetra. Była tym faktem nieco rozczarowana, bo w serii próbnej pchnęła jakieś pół metra dalej.

Drugi dzień zawodów to był już spektakl jednej aktorki. Po skoku w dal, który wygrała, bijąc kolejny rekord życiowy, pytanie brzmiało, nie czy Paulina wygra, tylko czy zwyciężając, pobije rekord Polski do lat 16.

Od początku biegu na 600 metrów (którego notabene bardzo przed startem się obawiała) żadna z pozostałych zawodniczek nie była w stanie dotrzymać jej kroku. Tak naprawdę to była jej samotna walka z czasem. Walka zakończona pełnym sukcesem. Czas jaki osiągnęła (1:43.39) zagwarantował jej 648 punktów wielobojowych, co oznaczało ni mniej ni więcej jak ustanowienie nowego rekordu Polski. Poprzedni, należący do krakowianki Patrycji Pełki, został poprawiony o 20 punktów. Od 9 czerwca 2019 roku wynosi 3366 punktów i należy do Pauliny Kubis, zawodniczki, która lekką atletykę trenuje od kilkunastu miesięcy, i która raczej już w tym roku tego rekordowego rezultatu nie poprawi. Wspólnie z trenerem doszli bowiem do wniosku, że w pozostałej części sezonu skupią się na startach w skoku w dal i na dystansie 200 m przez płotki. Być może więc w przyszłości jej główną konkurencją będzie 400 m ppł.? Kto wie? Wszak słynna Czeszka Zuzana Hejnova zaczynała też od wielobojów, a potem właśnie na niskich płotkach była dwa razy mistrzynią świata i raz brązową medalistką igrzysk olimpijskich. Trener Kobiałka nieśmiało marzy o powtórzeniu tego scenariusza.

Scenariusz zakładający nie tylko sam udział, ale także sukcesy w igrzyskach olimpijskich układa się w głowie każdemu fanowi lekkiej atletyki po obejrzeniu tego, co zaprezentowała na stadionie AWF-u dwudziestoletnia Adrianna Sułek. Siedmioboistka Zawiszy Bydgoszcz, opromieniona kapitalnym występem w Goetzis, potwierdziła w Krakowie ogromny, drzemiący w niej potencjał. Mistrzostwa wygrała bezapelacyjnie, rekord życiowy śrubując na 6171 punktów. Co ciekawe, w wielu konkurencjach, pomimo osiągnięcia naprawdę dobrych rezultatów, Adrianna była niepocieszona. Nawet po wyrównaniu rekordu życiowego w skoku w dal okazała lekkie niezadowolenie. Tak jakby wymagała od siebie więcej i więcej. No i dobrze. Przecież aby zostać wirtuozem sportu, trzeba mieć talent, trochę szczęścia, ale przede wszystkim trzeba ciężko pracować. I ciągle podnosić sobie poprzeczkę. A tak właśnie czyni Adrianna Sułek.

Nie inaczej, jeśli idzie o wymagania w stosunku do samego siebie, jest w przypadku Pawła Wiesiołka. Już w 2016 roku miał w planie pobicie rekordu Polski Sebastiana Chmary. Zamierzenia tego nie udało mu się wówczas zrealizować. Potem przytrafiły mu się problemy zdrowotne i byli tacy, którzy zaczęli powątpiewać w jego możliwości. Wiesiołek to jednak twardy chłop. Doszedł do siebie, trenował wytrwale i w końcu uwolnił swoje zasoby. W Krakowie od początku zawodów szło mu dobrze. Może nie rewelacyjnie, ale dobrze. W żadnej z pierwszych dziewięciu konkurencji nie poprawił rekordu życiowego, jednak najlepsze wyniki w sezonie uzyskał aż w pięciu. I choć powszechnie wiadomo, że w sporcie niczego nie można być pewnym, to Paweł przed biegiem na 1500 metrów miał prawie stuprocentową gwarancję dwóch rzeczy: mistrzostwa Polski na rok 2019 i pobicia „życiówki” w dziesięcioboju. A skoro ma się już w kieszeni dwie zdobycze, to czemu nie powalczyć o trzecią? Było nią uzyskanie minimum na mistrzostwa świata. Łatwo powiedzieć, prawda? Nieco trudniej wygląda sytuacja, jeśli do osiągnięcia tego celu trzeba pobiec to przeklęte półtora kilometra najszybciej w karierze. Niewiele szybciej, ale jednak. To musiał być czas co najmniej o 30 setnych sekundy lepszy od rezultatu 4:32.28. Tak więc do dzieła.

Początkowo na czele jest Michał Krawczyk. Tuż za nim Wiesiołek i Krzysztof Miara. Po trzystu metrach Wiesiołek wychodzi na prowadzenie. Krawczyk cały czas trzyma się tuż za nim. Miara tylko do pewnego momentu, potem zostaje w tyle. Wiesiołek non stop dyktuje tempo, ale Krawczyk nie zamierza ustępować. Wpadają na ostatnią prostą. Sekundy lecą nieubłaganie. 4:15, 4:16, 4:17. Czy się uda? Atakuje zaciekle Krawczyk. 4:28. 4:29. Krawczyk jest tuż, tuż. Jeszcze dwa kroki, jeszcze jeden. Wreszcie meta. Wiesiołek pierwszy. A czas? 4:31.34. Mamy to! To znaczy on to ma. Pojedzie na mistrzostwa świata do Kataru! Jego nowy rekord życiowy to 8204 punkty. O cztery więcej niż minimum na światowy czempionat. A przy okazji staje się rekordzistą Polski. Co prawda, nie jeśli idzie o najlepszy wynik w naszym kraju w dziesięcioboju (do 8566 punktów jeszcze mu trochę brakuje), ale w klasyfikacji złotych medalistów mistrzostw Polski. Otóż, zwyciężając w Krakowie, zostaje pierwszym zawodnikiem w tej konkurencji, który ma na koncie sześć tytułów mistrzowskich. Absolutny rekordzista. Reprezentant Warszawianki Warszawa, Paweł Wiesiołek.

Nieco w cieniu wyczynu Pawła Wiesiołka zostało niebagatelne dokonanie Rafała Horbowicza, także z Warszawianki. Zawodnik ten, pomimo że jest jeszcze młodzieżowcem, zdobył drugie miejsce w dziesięcioboju seniorów, pobił rekord życiowy i wypełnił minimum na mistrzostwa Europy do lat 23. A uczynił to w Krakowie, którego magia po raz kolejny dała znać o sobie.

DZ