Zmarł Emil Muszyński

Z głębokim smutkiem zawiadamiamy, że zmarł Emil Muszyński.

Wybitny trener krakowskich lekkoatletów związany był między innymi z klubem WKS Wawel, KS Cracovia, TS Wisła i KS AZS AWF, trener Kadry Narodowej, wychowawca olimpijczyków i wielu reprezentantów Polski. Pracownik Katedry Lekkiej Atletyki na krakowskiej AWF.

Urodził się w 1932 r. w Krakowie, w Borku Fałęckim. Studiował na WSWF.

Do lekkoatletyki namówił go znany tyczkarz krakowskiej Olszy Zbigniew Janiszewski.

Msza żałobna odprawiona zostanie w piątek, 6 marca 2020 roku o godz. 12.20 w kaplicy na Cmentarzu Rakowickim, po czym nastąpi odprowadzenie Zmarłego na miejsce wiecznego spoczynku.

Prezentujemy jeden z artykułów, który ukazał się w Dzienniku Polskim w dniu 12 grudnia 1998 roku:

Namówił Komara do trójskoku!

Trener Emil Muszyński parę dziesiątek lat spędził za pan brat z lekkoatletyką. Tą w krakowskim, jak i krajowym wymiarze.

Emil Muszyński - wychowawca lekkoatletów

Urodził się w 1932 r. w Krakowie, w Borku Fałęckim. Studiował na WSWF. Do lekkoatletyki namówił go znany tyczkarz krakowskiej Olszy Zbigniew Janiszewski. Skakał więc młody ochotnik zawzięcie aż.... do złamania bambusowej tyczki.

Krocząc śladami Janiszewskiego, zapisał się do tej samej sekcji. Olsza trenowała po wojnie na stadionie lekkoatletycznym Cracovii. (Miał też wcześniej epizod z Harcerskim Klubem Sportowym. Prowadził tam zajęcia trener Stanisław Buchała).

Wielkiem sukcesem Olszy było drużynowe mistrzostwo Polski juniorów, zdobyte na zawodach w Katowicach w 1949 r.

Emil Muszyński startował do 1960 r., wiele korzystając z porad trenera kadry w biegach Wacława Gąsowskiego.

Pracę trenerską zaczął w Wawelu, szkolił tam 5 lat skoczków, potem przeniósł się do Cracovii. Tam Muszyński spędził 13 lat, wychowując wielu skoczków. Z kolei nastąpił 5-letni pobyt w Wiśle, by ostatnie 16 lat swej trenerskiej pracy oddać AZS. W 1995 r. przeszedł na emeryturę. Obok zajęć trenerskich pracował też jako wicedyrektor Szkoły Sportowej nr 10 w Krakowie.

Zajmował się głównie skokami: trójskokiem, w dal. Współpracował z trenerami kadry w okresie świetności polskiej lekkoatletyki Tadeuszem Starzyńskim i Marianem Hoffmannem. Był jednym z prowadzących kadrowicza z Bydgoszczy, trójskoczka Jana Jaskólskiego. To był zawodnik klasy światowej, następca legendarnego Józefa Schmidta, podwójnego mistrza olimpijskiego. Zresztą, dziś trener Muszyński mówi, że ten wielki Schmidt też nie wykorzystał wszystkich swoich możliwości. Miał wielkie rezerwy w pierwszym z trzech odbić w trójskoku...

- W Krakowie też mieliśmy utalentowanego trójskoczka Wojtka Ołdakowskiego - wspomina trener Muszyński - Z talentem szedł u niego w parze trudny charakter. Raz Wojtek nie dojechał na mecz Finlandia - Polska w Varkaus. Nie chcieliśmy oddawać Finom punktu bez walki. Namówiłem więc do konkursu trójskoku... młodego kulomiotę. Nazywał się Władysław Komar i dzielnie trzymał się na skoczni. Był drugi.

- Ilu Pan wychował zawodników?

- Trudne pytanie, pewnie ponad dwustu.

- Z tej gromady, kogo Pan szczególnie wspomina?

- Było wielu pracowitych i sympatycznych zawodników. Na przykład Adam Kołodziejczyk z Cracovii, płotkarz, reprezentant Polski. Jako pierwszy w kraju zszedł poniżej 14 sekund na 110 m przez płotki, miał czas 13,9. Był bardzo sumienny, wymagał wiele od siebie, w walce zażarty. Jednym z czołowych skoczków w dal był Wojtek Chwaluczyk z Cracovii, nazywano go piłeczką pingpongową. W Chorzowie skoczył powyżej 8 metrów, niestety skok był minimalnie spalony. Wojtek "podpalił się", w drugim skoku poszedł znów na całość i zerwał mięsień. Skończyło się interwencją doktora Bilika i pobytem w Piekarach Śląskich. W kadrze narodowej był dziesięcioboista z Cracovii Edward Miś, doskonale pamiętam skoczków w dal i trójskoku Tomasza Domalewskiego, Bolesława Śliza, w Wawelu zaś wyróżniała się Aleksandra Kosek, mistrzyni i rekordzistka Polski juniorek w dal, w AZS trójskoczkowie Krzysztof Zuch, Piotr Wrona czy Paweł Twardowski, Ryszard Juszczak. W Wiśle startował trójskoczek Krzysztof Kot, skoczek wzwyż Janusz Rybczyński. Tych nazwisk moich podopiecznych można przywoływać więcej.

- Pracował Pan w kilku klubach krakowskich...

- Świetna atmosfera panowała w Cracovii, chyba jak w rodzinie. Tworzono prawdziwy zespół, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Zawodnicy tacy jak Edward Mleczko przysparzali wiele laurów, dawali wzór młodszym. Szkoda że z czasem warunki finansowe uniemożliwiły rozwój tej sekcji. Dobre warunki stwarzano lekkoatletom w Wiśle, tak było na początku mojej pracy, potem też się pogorszyło.

- A dziś?

- Dzisiaj brak w Krakowie zainteresowania lekkoatletyką. Tam gdzie kiedyś startowali lekkoatleci, urządza się zawody hippiczne. Jak Stanisław Pawełoszek ze mną pilnował stadionu Cracovii, to jeszcze "królowa sportu" na nim żyła. Przychodzili do nas trenować zawodnicy z wielu klubów. Teraz takie kolebki l.a. jak Cracovia i Wisła nie mają sekcji, choć w tym pierwszym klubie paru młodych zapaleńców ćwiczy z trenerem Kołodziejem.

- Może się "królowa" odrodzi?

- W tym dziele sojusznikiem powinien być sport młodzieżowy, ale szkoły też nie mają pieniędzy na SKS-y. Młody człowiek sam sobie "kolców" nie kupi i jeśli nie ma majętnych rodziców czy wujów, od sportu odejdzie. Można liczyć tylko na entuzjastów, na tych działaczy i trenerów, którzy jeszcze trwają na posterunku. Na szczęście, krakowska lekkoatletyka jeszcze takich zapaleńców posiada i dzięki nim musi przetrwać.

Rozmawiał: (jot)