95 lat „królowej sportu” - 3

Byli podporą Wunderteamu

Oto trzeci odcinek z 95-letnich dziejów „królowej sportu” pod Wawelem. Czas po drugiej wojny światowej to żywiołowy rozwój sportu w Polsce, a lekkoatletyka wśród różnych dyscyplin sportowych wysuwała się na czoło. W latach 50. zbudowano w kraju silną drużynę narodową w biegach, skokach i rzutach.
W popularnych wtedy meczach międzypaństwowych biało-czerwoni lekkoatleci gromili rywali z obydwu państw niemieckich, Wielkiej Brytanii, Włoch, czy też Federacji Rosyjskiej. Dlatego nasz zespół trafnie ochrzczono Wunderteamem – cudownym zespołem. Tylko Amerykanie byli poza zasięgiem Polaków. W tych meczach każdy kraj wystawiał po dwóch zawodników w każdej konkurencji, zwycięzca każdej otrzymywał 5 pkt, drugi – 3, trzeci 2 i ostatni – 1. Do końcowego rezultatu meczu liczyła się suma punktów. Mecze trwały po dwa dni, w Polsce gromadziły dziesiątki tysięcy widzów, przeważnie na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie (100 tysięcy na spotkaniu Polska – USA!) oraz miliony przy radioodbiornikach (telewizja była jeszcze powijakach).

 

Historycy sportu mogą się spierać, od kiedy właściwie zaczęła się era Wunderteamu, trwająca niemal do końca lat 60… Większość, z piewcą dziejów Wunderteamu, redaktorem Bohdanem Tomaszewskim na czele, opowiada się za meczem Polska – Węgry w 1956 roku w Poznaniu. Do tego spotkania to bratankowie znad Dunaju górowali nad naszymi lekkoatletami. Mecz nad Wartą wszystko odmienił. Zacięta walka trwała w każdej konkurencji. W pewnym momencie walczyli długodystansowcy na 10 km. W trakcie biegu kontuzji nogi doznał polski zawodnik z krakowskiego Wawelu Stanisław Ożóg. Mimo bólu i kłopotów krakowianin nie zszedł bieżni. Kulejąc, daleko od czołówki, dotarł do mety. Wiedział, że gdyby zszedł z trasy, nasza drużyna nie uzyskałaby żadnego punktu, a w tym wyrównanym spotkaniu liczyła każda, nawet najmniejsza zdobycz. Prowadzący w radiu transmisję Bohdan Tomaszewski powiedział, że zapewne kiedyś zapomnimy wynik spotkania, ale nigdy nie zapomnimy kulejącego, ambitnego biegacza, który nie zważając na ból, dołożył swą małą cegiełkę do gmachu zwycięstwa Polaków.

Ten mecz zaczął serię zwycięskich spotkań „biało-czerwonych”. Dziś takich meczów się nie organizuje, może szkoda.

Stanisław Ożóg był etatowym kadrowiczem Wunderteamu, zwykle startował na 10 km. Z kolei 16 razy był mistrzem Polski. Wystąpił w pamiętnych mistrzostwach Europy w 1958 roku w Sztokholmie, gdzie biało-czerwoni wywalczyli rekordowe do dziś 8 złotych medali, Ożóg był piąty na swoim koronnym dystansie. W 1962 roku prowadził stawkę w maratonie na mistrzostwach Europy w Belgradzie. Kto wie, gdyby nie skurcze mięśni, może wygrałby ten ekskluzywny bieg? Jako szkoleniowiec trenował zawodników Wawelu, m.in. olimpijczyków Edwarda Stawiarza i Henryka Szordykowskiego.
Innym stałym reprezentantem Polski z Krakowa był w tym czasie Roman Muzyk. W meczach międzypaństwowych wystąpił 18-krotnie, a wygrał w nich 5 razy. Uprawiał bieg płotkarski na 110 m, rekord życiowy (na bieżni żużlowej wtedy) doprowadził do 14,1 s (czasy mierzono wówczas ręcznie). Bronił wiele lat barw krakowskiej Wisły, 4 razy został mistrzem Polski w biegach płotkarskich. Startował w igrzyskach olimpijskich w Rzymie w 1960 roku, bardzo niewiele brakło mu do półfinału. Po zakończeniu kariery sportowej pracował w kryminalistyce.

Kraków miał szczęście do wysokich płotków. Pałeczkę od wiślaka Muzyka na tym dystansie przejął Adam Kołodziejczyk z Cracovii. Jako pierwszy Polak zszedł na 110 m ppł poniżej 14 sekund, uzyskał czas 13,9 s. 23-krotnie bronił barw narodowych w meczach, wygrał w nich 2 razy. Biegał w półfinale mistrzostw kontynentu w 1966 roku w Budapeszcie, a w ME halowych w Madrycie w dwa lata potem był czwarty. 4 razy zdobywał złote medale mistrzostw kraju.

Cała trójka biegaczy, podpór Wunderteamu, już od nas odeszła. Jeszcze kiedyś miałem okazję spotkać się z Romanem Muzykiem, który wspominał dawne lata swych startów, jak wielkim przeżyciem dla niego było ubranie koszulki klubowej i jak wielkim honorem było zostać reprezentantem Polski. Potem udało się mi porozmawiać z Adamem Kołodziejczykiem, który od lat mieszkał w kanadyjskim Toronto, a zmarł rok temu.

- Sport stanowił dla mnie przygodę – wspominał Adam Kołodziejczyk. - Natomiast żyłem jako zwykły obywatel, pracowałem jako kreślarz, a na treningi jeździłem po pracy. Kiedy powoływano mnie do kadry, PZLA musiał porozumieć się z moimi pracodawcami, aby puścili mnie na wyjazd, czy obóz. Płotkarzem zostałem przypadkiem, bo trenowałem najpierw przełaje. Trener Zbigniew Bibro powiedział mi kiedyś, że nie ma nikogo do wystawienia w płotkach, więc ja muszę. I tak zacząłem i polubiłem płotki. Zejście jako pierwszy Polak w biegu na 110 metrów poniżej granicy 14 sekund, dało mi wielka satysfakcję. A biegaliśmy w tamtych latach na ciężkiej, żużlowej bieżni, tartanu jeszcze nie było. Rekord wynikiem 13,9 s ustanowiłem w 1967 roku w Szczecinie, w trakcie meczu Polska – Wielka Brytania. Później jeszcze w Gdańsku uzyskałem 13,8, ale zawody nie były zgłoszone oficjalnie, więc kolejnego rekordu nie uznano…

Jan Otałęga