95 lat „królowej sportu” - 4

Igrzyska z pechem

Krakowska lekkoatletyka obchodzi 95-lecie. To kolejna kartka z jej dziejów.

Pod koniec lat 50. narodził się polski Wunderteam. Jednak nie tylko lekkoatleci stanowili o jego sile. Do czołówki międzynarodowej awansowały też kobiety. Poprzednio opisałem już rolę sprinterki AZS Kraków Barbara Sobottowej, mistrzyni Europy na 200 metrów oraz w sztafecie, w tworzeniu potęgi polskiej lekkoatletyki, dziś kolej na inne lekkoatletki z małopolskiego regionu.

Urszula Figwer była na przełomie lat 50. i 60. czołową oszczepniczką świata. Zawodniczka krakowskiego AZS została dwukrotnie olimpijką, w Melbourne w 1956 roku zajęła w finale 5. miejsce, 4 lata potem w Rzymie – 6. Zdobyła akademickie wicemistrzostwo świata w 1959 roku w Turynie, 3 razy została mistrzynią Polski. Stanowiła bardzo silny punkt reprezentacji Polski i wiele lat brylowała w swej konkurencji w kraju.

 

Zaczynała jednak od siatkówki w Beskidzie Andrychów. Wykazała się zdolnościami i awansowała do drużyny narodowej. Uczestniczyła w siatkarskich mistrzostwach Europy, z Pragi w 1949 roku wróciła z brązowym medalem, a 3 lata potem z Moskwy, z mistrzostw świata ze srebrem. Kiedy jednak trafiła na studia do krakowskiej WSWF, napotkała tam mocne środowisko lekkoatletyczne i zaczęła uprawiać ten sport. Znalazła swoją konkurencję – rzut oszczepem. Pomagał jej trener kadry Zygmunt Szelest, który miał pod swą opieką najlepszego wówczas oszczepnika świata Janusza Sidłę. Kiedy pytałem panią Urszulę, dlaczego mimo wieloletniej dominacji w kraju tylko trzykrotnie była mistrzynią Polski, odpowiedziała: - Na początku starałam się godzić starty w oszczepie z meczami siatkówki. Zdarzało się więc, że na zawody lekkoatletyczne trafiałam tuż po meczu i byłam bardzo zmęczona. Ale kiedy rzut oszczepem nie konkurował z siatkówka, rywalki nie miały szans…

Ostateczny wybór zawodniczki padł na rzut oszczepem. W 1956 roku rzucała na treningach w granicach rekordu świata. Zaczęto uważać Urszulę Figwer za kandydatkę nawet do złota w igrzyskach. Jednak Australia jakoś nie była szczęśliwa dla biało-czerwonych. Zdobyli mało medali, nawet murowany faworyt oszczepu Janusz Sidło wywalczył „tylko” srebro. Los nie oszczędził krakowskiej oszczepniczki. Dzień przed finałem zjadła coś niestrawnego. W dodatku miejscowi opowiadali, jej jak wszyscy przybysze do Australii w pierwszej fazie pobytu mają kłopoty żołądkowe. Podłamana i wycieńczona chorobą zawodniczka wywalczyła w finale olimpijskim niezłe, bo 5. miejsce, ale w pełni sił mogłaby być na podium… W Rzymie, w drugich swych igrzyskach, po pierwszym rzucie prowadziła w konkursie, ale zerwała torebkę stawu łokciowego i musiała w końcu zrezygnować z dalszej walki. Szkoda… - Byłam liderką do czwartej kolejki, potem, nie mogąc rzucać, patrzyłam bezsilnie jak rywalki mnie wyprzedzają – mówiła mi pani Urszula, późniejsza wieloletnia pracowniczka AWF w Krakowie.

W Melbourne startowała też skoczkini w dal Maria Kusion-Bibro-Pokorny, lekkoatletka AZS Kraków, potem Cracovii. Zajęła w finale 9. miejsce i była świadkiem triumfu koleżanki z kadry Elżbiety-Krzesińskiej. To był jedyny złoty medal olimpijski w Melbourne całej polskiej ekipy. Pani Maria zawiozła do Australii, do jednego z sierocińców, paczkę w Polsce. Zakład prowadziły zakonnice, od nich otrzymała w prezencie różaniec. Chwyciła za niego, gdy polska ekipa wracała z Melbourne i nagle w samolocie zgasł silnik. Udało się zawrócić i bezpiecznie wylądować w Indonezji.

Za 4 lata do Rzymu Maria Kusion-Bibro-Pokorny jechała z wielkimi nadziejami. Podobnie jak Figwer miała wyniki w okolicy rekordu świata. - Tuż jednak przed igrzyskami zerwałam mięsień w nodze – wspominała mi kiedyś. - Nie chciałam wtedy jechać do Rzymu, ale zastosowano blokadę i zapakowano do samolotu. Z obolałą nogą zajęłam w igrzyskach 13. miejsce. Satysfakcję dała tylko specjalna wizyta polskiej ekipy u papieża Jana XXIII.

Za rok zawodniczka z Krakowa wykazała na co ją rzeczywiście stać. Skakała w dal dalej niż mistrzyni, a potem wicemistrzyni olimpijska Elżbieta Krzesińska. Krakowianka pobiła rekord Polski, a w plebiscycie na najlepszych sportowców 1961 roku w Małopolsce zajęła 1. miejsce, wyprzedzają znanych piłkarzy, żużlowców, szermierzy, narciarzy itd. W trakcie występów 10 razy była mistrzynią Polski, nie tylko w dal, ale w sprintach, zdobyła brąz w sztafecie na mistrzostwach Europy w Sztokholmie w 1958 roku. Została dwa razy medalistką Uniwersjady.

Po zakończeniu kariery pani Maria wróciła do rodzinnego Tarnowa, gdzie zaczynała karierę sportową. Zajęła się prowadzeniem zakładu optycznego.

Jan Otałęga