Czerwona róża za medal

Rozmowa z kulomiotką Anną Niedbałą, medalistką ME

- Wynik 16,32 metra i 3. miejsce zawodniczki WKS Wawel w pchnięciu kulą na mistrzostwach Europy juniorów do lat 20 we włoskim Grosseto. Zaskoczenie czy spełnienie planu?

- Ustanowiłam tam rekord życiowy, poprzedni wynosił 16,10 i pochodził z mistrzostw Polski juniorów w Toruniu, gdzie walczyłam 1. miejsce. W Grosseto znalazłam się jako posiadaczka siódmego wyniku w skali europejskiej. Może mało kto wierzył w mój medal, ale mnie sporo motywacji dało wywalczenie przez dwie koleżanki dwóch srebrnych medali w młodzieżowych ME w Bydgoszczy. Pomyślałam, skoro one mogły, dlaczego ja nie? To był taki pozytywny zapalnik.

- Jak wyglądała walka na włoskim stadionie?

- W eliminacjach pchnęłam kulą 15,80 m i miałam trzeci wynik konkursu, który mnie podbudował. Zrodziła się myśl, a może trafię na podium? Szansa mnie nie sparaliżowała. Zaczęłam finał od 15,62, co dawało 5. miejsce. Trener Andrzej Kurdziel, który się opiekował mną na tych zawodach, ocenił, że to dobre wejście, trzeba walczyć dalej, iść na całego… W trzeciej kolejce uzyskałam 16,32, czym chyba zaskoczyłam niektóre rywalki, już nie dały rady się zrewanżować. Wygrała Niemka Julia Ritter 17,23, to nieprawdopodobny wynik.

- Po medalu było święto?

- Było zmęczenie, zejście napięcia, ochota, aby się wyspać, a jeszcze czekała kontrola antydopingowa. W nocy przed oczami ciągle miałem podium, flagę, z wrażenia nie mogłam spać. Dopiero w domu. Rodzice wyjechali po mnie do Warszawy, cieszyliśmy się razem. Oglądali transmisję w internecie, powitali mnie czerwoną różą. Oni, jak i babcia, pomagają mi w karierze sportowej, kiedy były chwile zwątpienia po ciężkim treningu, a sztangą trzeba nieźle się namachać, zachęcali mnie do dalszej pracy. Mają rację, wrażenie, gdy stoi się na medalowym podium, jest ogromne. Wynagradza czas, gdy koleżanki szły do pubu, do kina, a ja pocić się na na treningu.

- Najbliższe plany sportowe?

- Mam ambicję poprawić w tym roku rekord Polski juniorek 16,84, należy do Małgorzaty Wolskiej z Zawiszy i liczy 32 lata. W tym sezonie kończę wiek juniorski, mam 19 lat, więc zaatakować rekord mogę tylko teraz. W mistrzostwach Polski juniorów zdobyłam 3 złote i 1 srebrny medal, a jako juniorka młodsza miała srebro, a od nowego roku zaczynam nowy rozdział. Chcę coś zdziałać w starszej kategorii wiekowej, za dwa lata pojechać na młodzieżowe mistrzostwa Europy, a za 3 nawet myślę o igrzyskach w Tokio! Pchnięcie kulą w Polsce dobrze się rozwija, nie tylko Konrad Bukowiecki czy Michał Haratyk, ale u kobiet jest coraz silniejsza grupa. Z tym, że mężczyźni obecnie stosują w kuli tylko technikę obrotową, natomiast duża część kulomiotek, w tym ja, woli technikę tradycyjną. Kręcenie się w kole nie dla mnie, bywa tam ślisko, można stracić równowagę (śmiech).

- Jak zaczęła się przygoda z lekkoatletyką?

- 5 lat tamu byłam w I Gimnazjum Małopolskiego Centrum Edukacji, zaraz na początku roku szkolnego zapowiedziano klasówkę z chemii. Cała klasa wpadła w popłoch, od razu taki sprawdzian?! Z kolei na lekcji wf pan Tomasz Sasnal powiedział do mnie: jesteś wysoka, silna, wystartujesz w szkolnych zawodach w pchnięciu kulą. Byłam zdumiona, ze sportem nie miałam nic wspólnego. Zaraz jednak skojarzyłam, że zawody wypadną w dniu klasówki, a że obu spraw czasowo nie da się pogodzić ,więc rozstrzygnęłam szybko: wystartuję. Rzucałyśmy kula 3-kg (od wieku juniorki po seniorki używa się 4 kg). Poszło dobrze, wygrałam i trener Jan Michniak zaproponował mi treningi w klubie Wawel. Zaczęliśmy razem pracować. Sport spodobał się mi, pomógł uwierzyć w siebie.

- Od jesieni będzie godzić Pani sport ze studiami?

- Ukończyłam LO nr 12 w Nowej Hucie i dostałam się na fizjoterapię do Wyższej Szkoły Medycznej w Białymstoku.

Rozmawiał: Jan Otałęga