Być w elicie w Londynie!

Rozmowa z Michałem Haratykiem, kulomiotem z AZS AWF Kraków

- Mistrzostwo Polski seniorów w pchnięciu kulą wywalczył Pan pierwszy raz, a do tej pory był dwukrotnie wicemistrzem. Przed zawodami w Białymstoku pytałem trenera Piotra Galona, czy jedziecie tam po trzecie srebro, bo za faworyta uznaje się posiadacza najlepszego w tym sezonie wyniku w kraju (21,59) Konrada Bukowieckiego? Pana trener wyznał, że wierzy w złoto! Pan też wierzył?

- Oceniałem, że Konrad wygra, a mnie przypadnie znów srebrny medal. Jednak konkurs nie udał się memu koledze, pchał zbyt blisko jak na swoje możliwości, natomiast ja dwukrotnie biłem rekord życiowy. Po finale Konrad mi pogratulował. Walczymy ze sobą często, nieraz wygrywałem, oczywiście przegrywałem, ale dokładnej statystyki nie prowadzę.

- Wszystkie sześć prób na stadionie w Białymstoku udanych, w tym 4 wyniki powyżej 21 metrów i rekord życiowy 21,53. Przyszła idealna forma?

 

- Na taką od dawna pracowałem. Jednak nigdy nie jest tak, aby technika wykonania była idealna, zawsze znajdą się jakieś detale do poprawienia. Analizowałem nagrania z konkursu i dostrzegam, że w kole prawa noga jeszcze jest za wolna. Będę nad tym pracował, a czy się da poprawić, zobaczymy.

- Fizycznie natomiast zawodnikowi nic nie dolega?

- Teraz nie, niemniej rok miałem pechowy. Zaczęło się zimą od naderwania mięśnia, potem choroba. Na halowe mistrzostwa Europy do Belgradu w zasadzie nie powinienem jechać, startowałem tam osłabiony. Potem w maju przyszła ospa. Może wystarczy tego. Musiałem nadrabiać tracony czas, wyniki wskazują, że raczej się udało. Forma jest, nadeszła miesiąc temu, a obecnie trzeba ją podtrzymywać.

- Ma Pan 12. wynik w tym roku na świecie (Bukowiecki 10.) i pewny wyjazd na mistrzostwa świata w Londynie. Co chce Pan osiągnąć nad Tamizą?

- Przed wszystkim przebrnąć eliminacje i wejść do szerokiego finału z udziałem 12 kulomiotów. W finale sukcesem byłoby miejsce w pierwszej ósemce. Czy tak będzie, czas pokaże. Faworytem jest Amerykanin Ryan Crouser, który regularnie pcha kulę ponad 22 metry.

- Rzeczywiście eliminacje w wielkich imprezach są trudną próbą. Nie zawsze udawało się Panu je przebrnąć…

- Tak, rok temu pojechałem do Portland na halowe mistrzostwa świata w hali i ciężko było mi się tam odnaleźć. Ogłaszano nam długie przerwy w zawodach, nie bardzo wiedziałem się co dzieje, taki los debiutanta. Do finału nie wszedłem. Na igrzyskach w Rio nadal zżerała trema, eliminacje okazały się za wysokim progiem. Zimą z kolei w Belgradzie nie wyszło, ale jak mówiłem, po chorobie nie powinno mnie tam być. Są więc eliminacje sporym problemem. Nawet w udanych dla mnie mistrzostwach Europy w Amsterdamie, gdzie wywalczyłem srebrny medal, w eliminacjach dopiero trzecia, ostatnia kolejka dała mi przepustkę do finału.

- Razem z trenerem zapewne teraz często omawiacie, jak opanować nerwy w eliminacjach w Londynie?

- Trener pomaga, ale ze stresem muszę uporać się sam. Nie mam psychologa, nie potrzebuję, bo uważam, że uporanie się z problemami koncentracji przed zawodami powinno należeć do zawodnika. Nie zapomnimy przy tym, że najważniejsze jest przygotowanie fizyczne i techniczne, Jak te elementy nie zawodzą, stres zwalczyć łatwiej. Niemniej w zawodach czekają inne pułapki. Mam problem ze ślizganiem się w kole.

- Ale Pan rywale chyba też…

- Niekoniecznie. Jakub Szyszkowski z polskiej kadry np. nie ślizga się wcale. Najgorzej jest w hali, na powierzchni drewnianej w kole trudno o równowagę. Na stadionach betonowe nawierzchnie są różne, zależnie od struktury. Na szczęście, jak pamiętam z występu w Londynie, tam koło jest dosyć szorstkie.

- Trzeba więc życzyć zawodnikowi krakowskiego AZS AWF, aby w Londynie nie było poślizgu!Pytałem legendę polskiej kuli Tomasza Majewskiego o Pana. Odpowiadał, że wierzy w Haratyka, a mankamenty w występach powinien on usuwać częstymi startami i zdobywaniem doświadczenia.

- Oczywiście. Tamten rok był debiutancki, wszędzie w wielkich zawodach byłem nowicjuszem. Teraz już więcej wiem o specyfice walki, jak reagować, może w Londynie będzie dobrze. Jestem jednak na początku kariery, sporo przede mną i wierzę, że stopniowo będzie coraz lepiej. Wszystko postawiłem na sport, on mi daje satysfakcję, a występy w mityngach przynoszą zarobki na dalsze szkolenia i obozy. W mistrzostwach świata na otwartym stadionie wystąpię pierwszy raz, ale bogatszy o doświadczenia z poprzedniego sezonu i liczę, że to nie ostatni występ.

Rozmawiał: Jan Otałęga