Czekam na udany debiut

Rozmowa z PIOTREM GALONEM, trenerem kulomiota Michała Haratyka

- Gratuluję świetnych wyników podopiecznego! W tym sezonie halowym Michał Haratyk pchnął kulą aż 21,35 m, poprawił rekord życiowy o ponad metr, przez pewien czas był liderem światowej listy kulomiotów, aktualnie jest trzeci za Amerykanami. Zaskoczyło to Pana? 

- Nie, bowiem Michała dobrze znam, obserwuję na treningach. Pracował solidne i w trakcie treningowych prób kula szybowała coraz dalej. A ponieważ jest typem zawodnika, który na zawodach uzyskuje na ogół lepsze wyniki niż podczas treningów, wierzyłem, że w tym roku granica 21 metrów pęknie. Tak się stało i to niezmiernie cieszy.

- Wyniki ponad 21 m, wygrywanie z czołówką krajową z Tomaszem Majewski na czele przyniosły Michałowi Haratykowi miano rewelacji sezonu halowego. Niemniej w halowych mistrzostwa Polski w Toruniu był dopiero czwarty…

- Oczywiście liczyliśmy tam na medal, ale Michała dopadł pech. Zachorował, kaszlał, ponadto odczuwał ból kości piszczelowej prawej nogi, akurat na której opiera się podczas pchania kulą. To powodowało, że podium mu uciekło. Teraz najważniejsze, aby wrócił do zdrowia. Już wyjechał na halowe mistrzostwa świata do Portland, przebywa w USA. Miał wątpliwości, czy z powodów tych perypetii zdrowotnych jechać, pytał lekarza kadry, ale ten obiecał wyciągnąć go z kłopotów. Teraz codziennie rozmawiam z mym zawodnikiem za pośrednictwem skype’u. Michał mówi, że z wolna wraca do zdrowia.

- Skoro Michał był poza podium w MP, mieliście obawy, że nie pojedzie na halowe MŚ?

- Nie, bo tylko on oraz Konrad Bukowiecki uzyskali minima PZLA na te mistrzostwa. Nie udało się to np. Tomkowi Majewskiemu, a kierownictwo PZLA wiedziało, że Haratyk w Toruniu był chory. Zrobiono statystykę wyników czołówki polskiej kulomiotów, Michał jest pierwszy, ma w tym sezonie 24 wyniki powyżej 20 m, nie ma więc wątpliwości, że powinien nas reprezentować w światowym czempionacie.

- W nim zadebiutuje. Będzie jedynym lekkoatletą z Małopolski w tych mistrzostwach. Z jakimi nadziejami łączy Pan ten start?

- Dużo zależy od stanu zdrowia zawodnika. Jeśli nie będzie dolegliwości, to nasz plan minimum przewiduje, żeby być w pierwszej ósemce. Bardzo będę zadowolony, gdy znajdzie się czołowej czwórce. Łącząc się z nim do USA, pytam, czy odczuwa tremę? Michał mówi, że psycholog mu niepotrzebny. Tylko szkoda, że nie jestem z nim. Robiono nadzieję, że też pojadę do Portland, bo byłem trenerem lidera nie tylko krajowego, ostatecznie trzymam za nim kciuki w Bielsku-Białej, gdzie mieszkam. Ale może razem pojedziemy na igrzyska do Rio? (uśmiech).

- To oczywiście główny cel w tym roku!

- Będziemy pracować, aby Michał został olimpijczykiem. Musi na stadionie uzyskać minimum PZLA 20,50 m. Po jego powrocie z Portland mamy obozy w Szczyrku, Spale i Zakopanem. Jestem optymistą. Bardziej obawiam się spraw nie sportowych w Brazylii, czyli innego klimatu, osławionych komarów itd.

- Jak Pan pierwszy raz spotkał Michała, spodziewał się efektu wejścia do czołówki światowej?

- W klubie Sprint Bielsko-Biała trenowałem jego starszego o 4 lata brata Łukasza. W kuli zdobył 12 medali młodzieżowych i juniorskich mistrzostw Polski. W pół roku tak nauczył się techniki obrotowej, że szybko przekroczył 19 m. Niestety, potem życie zmusiło go do zaniechania uprawiania sportu. Po młodszym bracie spodziewałem, że godnie zastąpi starszego. Wyczułem w nim jakiś „dar boży”, niemały talent. Jesteśmy razem już 7 sezonów, jak zaczynaliśmy z kulą Michał miał 17 lat.

- Jakim jest zawodnikiem, chętnym do ciężkiej pracy?

- Absolutne tak. Michał ukończył szkołę, teraz wszystko poświęcił sportowi. Pracuje dużo. Jednocześnie jest ciekaw metod treningowych, pyta o uzasadnienia konkretnych ćwiczeń, lubi dyskutować. Fizycznie może ustępuje niektórym kulomiotom, ale ma swoje walory, mocnymi nogami porusza się szybko i dynamicznie w kole. Pod tym względem porównują go do Piotrka Małachowskiego. Od 4 lat preferujemy technikę obrotową. Michał ze swoimi 194 cm wzrostu i przy wadze 135 kg jest stworzony do tej techniki, w której trzeba umieć zachować idealną równowagę w trakcie pchnięcia. A stosowanie obrotu daje możliwość wydłużenia drogi rozpędu kuli, co przekłada się na lepszy wynik. Oczywiście zawodnik jeszcze ma rezerwy, musimy poprawiać siłę. Ale to trzeba dawkować ostrożnie, aby nagły przyrost siły nie „zabił” szybkości, sprawności itp.

- Po sukcesie zaprasza trenera na imprezę?

- Nic z tego, sport jest dla niego wszystkim. Nie pali, nie pije, nie baluje. Po dobrym występie gratulujemy sobie i dziękujemy.

- Jak został Pan szkoleniowcem lekkoatletyki?

- Pochodzę z Oświęcimia. W młodości interesowały mnie rozmaite sporty, grałem w hokeja, w młodej grupie Unii Oświęcim. Jako student WSP w Krakowie startowałem w akademickich zawodach lekkoatletycznych. Tak polubiłem „królową sportu”. Studiowałem jeszcze na AWF w Poznaniu i zostałem trenerem. Byłem w Unii Oświęcim, Górniku Brzeszcze, gdzie miałem zdolną grupę, w tym kulomiota Piotra Perżyłę, uzyskał wynik 20,23, a oszczepnik Mirosław Baraniak dwa razy został wicemistrzem kraju. Potem pracowałem w Sprincie Bielsko-Biała, a od kilku lat jestem w AZS AWF Kraków. Poza Michałem opiekuję się kulomiotką Aldona Żebrowską. Rozmaite to były lata pracy szkoleniowej, nieraz ciężkiej, z dopłacaniem do tego zajęcia. Pracowałem też w szkole. Obecnie dobiłem do emerytury i mogę całkowicie poświęcać się szkoleniu. Przyjemnie obserwować jak młodzi dochodzą do rezultatów. Talentów u nas nie brakuje, natomiast w kraju brak powszechnie bazy dla lekkoatletów. Michał teraz w rozmowach z USA opowiada jakie są tam wspaniałe ośrodki sportowe…

Rozmawiał: Jan Otałęga