Medal był blisko

Rozmowa z kulomiotem Michałem Haratykiem

- Sezon lekkoatletyczny zbliża się ku końcowi, ale Pan kulę nadal w ręku dzierży…

- Czas mam dość pracowity. Po mistrzostwach świata w Londynie uczestniczyłem już w sześciu mityngach. Jeżdżę po kraju i za granicą. Teraz w Bad Koestritz w Niemczech pchnąłem
21,27 m i zająłem 3. miejsce. Sporo tych startów, nawet nie ma kiedy trenować…

Trener Piotr Galon z wychowankiem Michałem Haratykiem - fotografia archiwalna z MPS Sopot 2014

- Ile jeszcze czeka występów w tym sezonie?

 

- Już tylko dwa. Jako zawodnik AZS AWF Kraków będę uczestniczył 3 września w finale klubowej ligi lekkoatletycznej w Jeleniej Górze. Potem czeka wyjazd na mityng do Francji.
- I przyjdzie czas na odpoczynek?

- Trochę tak, ale nie tylko. Najważniejsze, aby zająć się własnym zdrowiem. Niestety, nie czuje się najlepiej, ból mi dolega, zwłaszcza prawej ręki. Trzeba wszystko zbadać, może to stan zapalny i zastosować kurację. Już na mistrzostwach świata w Londynie odczuwałem ból.

- W mistrzostwach świata zajął Pan, w swym debiucie na tej imprezie, niezłe, bo 5. miejsce. Niemniej po tych zawodach wyrażał niezadowolenie...

- Tak, bo była szansa na coś więcej. Wprawdzie przed wyjazdem zastrzegłem się, że dobrze będzie, gdy zajmę miejsce w ósemce najlepszych kulomiotów świata, ale w trakcie konkursu czułem, że może być medal. Byłem fizycznie przygotowany na wynik powyżej 22 m. Nie udało się, pewnie wystąpiły jakieś błędy techniczne, wspomniany ból też wpływał… Szkoda, bo poziom konkursu nie był tak wysoki, rywale pchali kulę jednak bliżej niż zakładałem wcześniej.

- Władysław Komar i Tomasz Majewski też nie w debiutach zdobywali złote medale. Pan dopiero zaczyna wielką karierę. Istotnym problemem przed MŚ były dla Pana eliminacje. W kilku wcześniejszych wielkich imprezach, jak w Rio de Janeiro, na które jechał Pan z wielkim nadziejami, nie udawało się wejść do finału.

- Teraz nie było problemu. Sprawę awansu załatwiłem już w pierwszej kolejce, na londyńskim stadionie pchnąłem 21,27. To był trzeci wynik w całej stawce, co mnie natchnęło dobrymi myślami przed walką o medale. Stąd 5. miejsce potem stanowiło dla mnie niedosyt.

- Kiedy przekroczy Pan barierę 22 m w pchnięciu kulą?

- Jak mówiłem, przygotowany na to byłem już w tym roku. Plany więc przechodzą na następny. Oczywiście najpierw trzeba się wyleczyć. Ponadto – utrafić nie tylko z formą, ale mieć dobre warunki występu. Aby nie padało, nie było zimno, jak podczas ostatnich występów w kraju. Nie lubię też występować w kole o drewnianej powierzchni, a tak było np., podczas Memoriału Kamili Skolimowskiej w Warszawie. W takim kole noga nie trzyma nawierzchni, ślizga się. Dlatego waham się, czy wystąpię w halowych mistrzostwach świata w marcu w Birmingham, bo w hali mamy do czynienia właśnie z takimi kołami…

Rozmawiał: Jan Otałęga