95 lat „królowej sportu” - 7

Biegacz, który zdobywał Amerykę

 Jedną ze sztandarowych postaci 95-lecia małopolskiej lekkoatletyki jest Henryk Szordykowski. Na przełomie lat 60. i 70. był jednym z najlepszych średniodystansowców świata.

Zawodnik krakowskiego Wawelu zdobył w Helsinkach w 1971 roku na mistrzostwach Europy srebrny medal w biegu na 1500 m, dwa lata wcześniej na ME w Atenach miał na tym dystansie brąz.

- W Finlandii była okazja na złoto – opowiadał mi pan Henryk, z którym wielokrotnie miałem okazję się spotkać. - Na ostatnią prostą biegu wychodziłem z dużym zapasem sił, a prowadzący Włoch Arese słabł. Zachował się jednak jak chytry lis; kiedy chciałem go wyprzedzać, zaczął przesuwać się w prawo. Po prostu mnie blokował. Robił to tak konsekwentnie, że kończyliśmy finał nie na pierwszym czy drugim torze jak zwykle, ale bodaj na siódmym. Odepchnął mnie od mety. Wtedy takie zachowania tolerowano. Trudno, musiałem cieszyć się ze ze srebra.

Startował Szordykowski na igrzyskach w Meksyku. Wystawiono go na 800 m, gdzie dotarł do półfinału. Jednak kierownictwo ekipy ze względu na trudne wysokogórskie warunki areny igrzysk (wielu biegaczy mdlało na mecie) i w perspektywie, że krakowski biegacz ma jeszcze występ na 1500 m, wycofało go z walki o finał. Potem długo trwały dyskusje, czy słusznie. Na 1500 m Szordykowski przybiegł 7., a kto wie jak spisałby się na krótszym dystansie?… Krakowianin pojechał jeszcze na igrzyska 4 lata potem do Monachium, na 1500 m biegał w półfinale.

Mocno zapamiętał nasz biegacz wyprawy do Ameryki. Pół wieku temu sezon halowy w Europie dopiero startował, zaczęto organizować mistrzostwa kontynentu w hali. Henryk Szordykowski sięgał po zwycięstwa pod dachem na 1500 m 4 razy w latach 1970-74, jeszcze miał złoto w sztafecie. Niemniej zimą największe asy światowej lekkoatletyki gromadziły się w USA, polscy lekkoatleci też chcieli za oceanem spróbować swych sił. Startowali tam Irena Szewińska, Andrzej Badeński, występował Szordykowski. Został dwukrotnie mistrzem USA w halowym biegu na milę, raz wicemistrzem.

- To były wielkie przeżycia, pełne hale, znakomici rywale – wspominał krakowski biegacz. - Zarazem inna specyfika biegania, w hali krótkie okrążenia, wysokie wiraże, bardzo blisko siedząca publiczność, która reagowała bardzo żywiołowo. A na bieżni bywało rozmaicie, nie zawsze fair. Raz w sławnej Madison Square Garden kończyliśmy bieg i na finiszu zaatakowałem prowadzącego biegacza amerykańskiego Marthy Liquoriego. Wtedy chwycił mnie za koszulkę. Odepchnąłem go łokciem, a on mi oddał tym samym. Publiczność zamarła, bo niemal stanęliśmy w miejscu, to była prawie bijatyka. W końcu Liquori zerwał się i pierwszy dopadł mety. Długo nie ogłaszano wyniku. Zastanawiałem się, czy może obaj zostaniemy zdyskwalifikowani? Dziennikarze od razu pytali mnie, co sądzę o biegu? Ja, że nie mam pretensji, w ferworze walki wiele może się zdarzyć. To chyba rozładowało atmosferę i sędziowie ogłosili Liquoriego zwycięzcą. Myślałem, że to koniec zajścia, ale sprawa się zaogniła. Prasa podgrzewała atmosferę przed kolejnym mityngiem w Toronto, gdzie znów miałem spotkać się z Liquorim. Pisano: „wściekły Polak atakuje”. Liquori w wywiadach zapowiadał, że jak tylko go dotknę na bieżni, nie ukończę biegu. Hala była pełna i w wielkim napięciu. Pobiegłem spokojnie, unikając starć. Liquori wygrał minimalnie przede mną, a ja otrzymałem puchar dla dżentelmena mityngu.

Te wyprawy do Ameryki były nie tylko po zaszczyty, ale w tych siermiężnych czasach jakąś próbą podreperowania kasy. Dla sportowców krajów socjalistycznych jednak nie było to eldorado. Premie zagarniało państwo, zawodnicy otrzymywali tylko diety i nagrody rzeczowe.

Był Szordykowski 12 razy mistrzem Polski na 1500, 4-krotnie na 800 m, wygrywał w przełajach. Był rekordzistą kraju w biegach średnich oraz świata na 1000 m. 72 razy wystąpił w reprezentacji. Ponieważ biegi długie przeżywały w Polsce kryzys, wystawiano go w kadrze nawet na 5000 m, gdzie też uzyskiwał świetne czasy. Dwa razy triumfował w prestiżowym plebiscycie na najlepszych sportowców regionu – Asy Małopolski.

- Karierę sportową zacząłem, jak na dzisiejsze warunki, późno – mówi Henryk Szordykowski. - Dopiero w trakcie służby wojskowej zauważono mój talent do biegania. Systematyczne treningi podjąłem, gdy zjawiłem się w krakowskim WKS Wawel. Po zakończeniu kariery byłem trenerem, ale różnie wspominam ten czas. Wielu młodych zawodników interesowało, czym będą się wspomagać, chodziło o niedozwolony doping. Ja absolutnie odrzucałem takie metody. Zawsze trenowałem uczcicie. Warunkiem sukcesów była systematyczna, ciężka praca, a nie sztuczne wspomaganie.

Dwukrotny mistrz Ameryki obecnie mieszka w Wieliczce. Ma nadal związki ze sportem, pomaga jeszcze chętnym w treningach.

Jan Otałęga