95 lat „królowej sportu” - 9

Maszerował po kolekcję złota

Gdyby ogłosić plebiscyt na najlepszego sportowca w oficjalnych dziejach lekkoatletyki w Małopolsce, z pewnością wygrałby Robert Korzeniowski. Jest najbardziej utytułowanym olimpijczykiem nie tylko w naszym regionie, ale i w całej Polsce. Chodziarz krakowskiego Wawelu ma swym koncie 4 złote medale olimpijskie, za nim są dopiero inni nasi sportowcy ze sławną Ireną Szewińską (3 mistrzostwa olimpijskie) na czele.

Robert Korzeniowski został mistrzem olimpijskim w chodzie na 50 km w Atlancie w 1996 roku, Sydney 2000 i Atenach 2004. Ponadto triumfował na 20 km w igrzyskach w Sydney 2000.

Lista jego osiągnięć jest imponująca. 3 -krotnie zostawał na 50 km mistrzem świata: Ateny 1997 r., Edmonton 2001 i Paryż 2003. W mistrzostwach Europy wygrywał na 50 km 2 razy: w Budapeszcie 1998 r. oraz Monachium 2002 r. (wtedy ME rozgrywano co 4 lata). Były też inne zdobycze – m.in. na MŚ w Goeteborgu w 1995 roku wywalczył brąz, dwukrotnie był mistrzem Uniwersjady, raz wicemistrzem świata w chodzie w hali.

Ustanowił na swym koronnym dystansie 50 km podczas MŚ w Paryżu rekord świata. W kraju był kilkanaście lat niepokonany, karierę sportową zakończył jesienią 2004 r., niepokonany zarazem od 2000 r. w chodziarskim maratonie na świecie. Dwa razy (1998 i 2000 r.) wybierano go najlepszym sportowcem Polski w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”.

 Początki były trudne. Mieszkający w Tarnobrzegu, z kolei studiujący na AWF w Katowicach zawodnik ambitnie zaatakował czołówkę światową. Jednak na igrzyskach w Barcelonie w 1992 r, jak i rok potem w MŚ został na trasie przed metą, z szansą na medale, zdyskwalifikowany. Marzenia jego i polskich kibiców o medalu przepadły. Przylgnęła do chodziarza etykieta pechowca, czy wręcz nieudacznika. Zainteresowanie chodziarzem w kraju spadło do zera. Korzeniowski stanął na rozdrożu, była możliwość zakończenia kariery. - Wpadłem wtedy na pomysł, aby Roberta, który już kończył studia w Katowicach i zastanawiał się co dalej z karierą sportową, sprowadzić do Krakowa – mówił mi były olimpijczyk w biegach, wieloletni trener i prezes WKS Wawel Edward Stawiarz. - Zgłosiłem taki wniosek w klubie, od razu spotkał się z sprzeciwem, bo ten chodziarz nigdy nie dochodzi do mety... Ja wierzyłem w Roberta, a argumentowałem w klubie tak: owszem, może zdarzy się mu kolejna dyskwalifikacja w wielkiej imprezie, ale wtedy w telewizji, mediach będzie głośno o nim, przy okazji, wszyscy usłyszą o naszym klubie Wawel. Ostatecznie zgodzono się ze mną i za niewielką sumę dokonaliśmy transferu z Siarki Tarnobrzeg.

Zawodnik zamieszkał w Krakowie i tu zaczął się jego nowy, medalowy etap w życiu. - Postanowiłem spróbować kolejny raz – opowiadał mi czterokrotny mistrz olimpijski. - Analizowałem swoją technikę chodu, dopasowywałem ją tak, aby znowu nie podpaść sędziom. Z nimi było tak, niezależnie od moich błędów, że bardzo surowo patrzyli na moje poczynania na trasie. Dlaczego? Byłem w tym towarzystwie osobą nową, obcą. W chodzie od lat dominowali Rosjanie, Włosi, Hiszpanie, Meksykanie, Niemcy, więc pojawienie się jakiegoś Polaka natrafiło u sędziów na zwielokrotnią podejrzliwość. Wielkim sprawdzianem był dla mnie występ na mistrzostwach Europyw Helsinkach, szedłem ostrożnie, aby sędziowie nie mieli pretekstu do interwencji, wywalczyłem 5 miejsce. Za rok w czempionacie globu był już brąz, a mogło być lepiej. Miałem siły przyspieszyć, ale nie chciałem kusić losu i prowokować arbitrów. Te dwa udane występy były przełomem.

W Atlancie na igrzyskach w 1996 roku krakowianin miał już cały chodziarski świat za sobą. - Zaatakowałem na ostatnich 10 km – opowiadał mi chodziarz. - Zorientowałem się, że rywale coraz słabiej odpowiadają na moje ataki. Ogarnęła mnie euforia, ale szybko powrócił spokój. Szedłem nadal zgodnie ze swoim planem. Czekał na mnie Mazurek Dąbrowskiego.

Zawodnik Wawelu powtórzył za 4 lata olimpijski triumf na 50 km. Wygrał w Sydney też chód na 20 km, w którym wymieniano innych faworytów niż jego. Na mecie krakowianin był drugi. Dziennikarze pytali go, czy cieszy się ze srebra? On spojrzał w bok, nabrał tchu i i powiedział, że cieszy się ze złota… Akurat wyświetlono na wielkiej tablicy, że jego rywal z Meksyku, pierwszy na mecie, nie szedł zgodnie z przepisami.

Od 1996 roku wygrywał Korzeniowski wszędzie, gdzie się dało. Tylko raz w 1999 roku wrócił z niczym, w Sewilli na MŚ został zdyskwalifikowany. Znów przeanalizował technikę chodzenia i ponownie nie dawał szans nikomu, aż po zakończenie kariery. Czterokrotny mistrz olimpijski zszedł z tras w 2004 roku. Jeszcze w trakcie uprawia sportu zaczął organizować doroczny wielki chód dla elity światowej wokół krakowskiego Rynku. Przeprowadził się do Warszawy, przez kilka lat szefem redakcji sportowej w TVP. Obecnie można spotkać się go jako propagatora zdrowego stylu życia na licznych imprezach rekreacyjno-masowych w całym kraju, sam biega maratony, sprawuje też patronat nad szkoleniem młodych lekkoatletów w Warszawie i Krakowie.

Jan Otałęga