Powrót na prestiżowe zawody

Rozmowa z biegaczem Adamem Czerwińskim (UKS Lider Siercza)

- Podczas mityngu na stadionie AWF w Krakowie wygrał Pan bieg na 1000 metrów i ustanowił czasem 2.21,44 rekord życiowy. Chyba najbardziej zaskoczeni tym byli widzowie…

- Kto wie, może tak. Już kilka sezonów nie ścigam się na bieżniach stadionowych, więc zapewne nie spodziewano się tak dobrego mojego wyniku. Mnie ten wynik bardzo ucieszył, poprzedni swój rekord życiowy na 1000 metrów ustanowiłem bodaj osiem lat temu. Te zawody więc wykazały, że mogę być dobrej myśli przed sezonem.

- Przed kilku laty ścigał się z czołówką krajową na dystansach średnich i dłuższych, był w 2011 roku wicemistrzem Polski na 1500 metrów, ponadto dwa razy halowym mistrzem kraju na tym dystansie. Potem Adam Czerwiński zniknął, pokazał się dopiero w tym roku, najpierw wygrywając halowe mistrzostwa Polski na 3000 m, a teraz zasygnalizował wysoką formę w Krakowie…

 

- Był w moim życiu czas rozterki i rozstania z wyczynem. Miałem spore plany, ambicje, rywalizowałem z dobrymi efektami z czołówka krajową. W 2014 roku ubiegałem się o wystartowanie w halowych mistrzostwach świata w Sopocie. Miałem już minimum IAAF, bardzo niewiele zabrakło mi do minimum krajowego. W takich przypadkach PZLA nieraz pozwalał naszym lekkoatletom na występ. Mnie jednak nie zakwalifikowano do mistrzostw, bardzo to przeżyłem, tyle starań i wysiłku poszło na marne. Postanowiłem odpocząć od wyczynu na stadionach i w halach. Tym bardziej, że musiałem decydować o swych losach. Ukończyłem AWF, założyłem rodzinę, którą trzeba było utrzymać. Poszedłem więc do pracy jako nauczyciel wf w szkole. Ze sportem całkiem nie zerwałem, startowałem w biegach ulicznych, co poza przyjemnością przynosiło pewne premie, tak podreperowałem budżet rodzinny. Teraz postanowiłem wrócić na stadiony, znów spróbować swych sił w wyczynie.

- Jakie więc stawia Pan cele przed sobą?

- Nawet duże. Zrobię wszystko, aby znaleźć się w ekipie Polski na sierpniowe mistrzostwa Europy w Berlinie, chce startować na 1500 metrów. Czyli znów muszę podjąć walkę z najlepszymi biegaczami w kraju. Ten wynik z Krakowa napawa mnie optymizmem. A gdyby się powiodło, nie ukrywam, że z kolei mocno mnie interesują igrzyska w Tokio. Niedługo kończę 30 lat, ale nie jestem wyeksploatowany, czuję w sobie rezerwy sił i moc. Brakuje mi w karierze biegacza tego niepowtarzalnego klimatu, jakie tworzą zmagania najlepszych na naszym kontynencie czy świata. Chciałbym takie chwile przeżyć.

- Zmienił Pan barwy klubowe, kto jest Pana trenerem?

- Nie mam teraz trenera. Długo biegałem w barwach krakowskiego Wawelu, trenował mnie Grzegorz Sobczyk. Mile wspominam te czasy, w tym klubie się ukształtowałem jako wyczynowiec. Potem wiele się zmieniło, musiałem zmienić klub. Pochodzę z Czasławia, niebawem zamieszkam z rodziną w Wieliczce. Pracuję w Sierczy koło Wieliczki, ponadto szkolę młodzież w UKS Lider Siercza, gdzie jestem też wiceprezesem, zarazem zawodnikiem tego klubu. Trenuję sam, mam sporo doświadczenia, także wiedzę wyniesioną z AWF.

- To byłby rzadki przypadek, aby zawodnik sam siebie doprowadził do startu w mistrzostwach Europy, bez pomocy innego trenera?

- Fakt, ciekawa rzecz, ale wierzę, że się mi uda. Będę godził treningi i starty z pracą w szkole, prowadzeniem młodzieży, nie rezygnuję z biegów ulicznych, bo to okazja do podreperowania kasy. Premie z ulicznych startów przeznaczam na sport. Nie ma takiego komfortu jak koledzy z kadry, ale na razie daję radę. Mnie trudności mobilizują. Oczywiście gdybym kiedyś przygotowywał się do igrzysk olimpijskich, trzeba będzie pomyśleć o wzmocnieniu sponsorskim, bo potrzeba środków na niezbędny sprzęt do analizy treningów, czy na wyjazdy choćby na krótkie zgrupowania.

Rozmawiał: Jan Otałęga