Na dobrej drodze do RIO

Rozmowa z maratończykiem HENRYKIEM SZOSTEM

- W zakończonym niedawno warszawskim maratonie, który zarazem był mistrzostwami Polski, zajął Pan drugie miejsce za Arturem Kozłowskim z Sieradza. Mistrzem kraju w maratonie był Pan dotąd trzykrotnie, w tym w ostatnich latach w Warszawie dwa razy z rzędu. Jakiś niedosyt z braku hat tricku?

- I tak, i nie. Oczywiście, kto nie chciałby wygrać, starałem się o to w stolicy. Niemniej jestem zadowolony z występu, który miał pokazać naszym władzom lekkoatletycznym, że moja forma przed igrzyskami w Rio de Janeiro rośnie. To się udało, pokonałem maratończyków z Afryki, czas na mecie 2.12.43 godz był dobry. Minimum olimpijskie PZLA (2.12.30) miałem już zaliczone z ubiegłego roku, natomiast Artur tym startem zapewnił sobie przepustkę do igrzysk. Warszawski występ miał dać odpowiedź w jakiej jestem dyspozycji, bo początek sezonu miałem nieudany. Zmieniałem trenerów, najpierw ćwiczyłem pod okiem Zbigniewa Króla. Pojechałem sprawdzić się do Japonii i tam nastąpił niewypał. Ciężko mi się biegło, nie czułem formy, zapowiadał się słaby czas, więc na 17 km zszedłem z trasy, by niepotrzebnie się nie męczyć. Dlatego teraz występ w Warszawie był dla mnie wielkim wyzwaniem, zarazem zagadką, bo byłem ponadto po 10 tygodniach zajęć na ciężkich obozach. Po tym biegu na szczęście mogę powiedzieć, że jestem na dobrej drodze do Brazylii.

- Na trasie w stolicy pokonał Pan koalicję Afrykanów, a przegrał z rodakiem…

- Artur wygrał ze mną w maratonie pierwszy raz. Stosowaliśmy odmienną taktykę. On do połowy dystansu trzymał się tyłu, na półmetku miał czas o minutę gorszy od czołówki. Zachował jednak siły na finisz. Natomiast ja biegłem na czele. Okazało się, że żaden z Kenijczyków nie chce prowadzić, pewnie przekalkulowali, że nie będzie premii za czas na mecie, więc nastawili się tylko na walkę o miejsca. Prowadzenie biegu spadło na mnie, a zależało mi sprawdzić się w mocnym tempie. W dodatku w Orlen Warsaw Marathon, organizowanym przez mego sponsora, nie wypadało mi biec defensywnie. Nasz niedawny świetny biegacz Paweł Czapiewski powiedział mi na mecie, że padłem ofiarą swego nazwiska, czyli jako znany maratończyk nie mogłem dopuścić, aby uczestniczyć w biegu o słabym tempie. Prowadziłem więc sam, ale pechowo wiał mocny, przeciwny wiatr. Byłem najwyższy w stawce, 1,86 m wzrostu, cała nawałnica szła na mnie, a niscy Kenijczycy wozili się za plecami.

- Jednak nie dali rady na finiszu!

- To też podbudowuje, choć zaznaczmy, że nie była to elita z Afryki, biegająca na poziomie 2.02-2.03 godz, ale też nie byli słabi, mieli podobne rekordy życiowe jak ja, ok. 2.07 godz. Dodam, że ostatnio wyśrubowane wyniki w maratonach stają się rzadkością, może to być efekt bardziej skrupulatnych kontroli antydopingowych, co objęło także Afrykę.

- Czuje się już Pan olimpijczykiem?

- Normy wypełniłem, a PZLA musi formalnie potwierdzić. Do Rio mam jechać wraz z Arturem. Niestety, kontuzja eliminuje naszego srebrnego medalistę w maratonie z ME Zurychu, Etiopczyka z polskim obywatelstwem Yareda Shegumo. Ma minimum PZLA, ale teraz nie biega, nie potwierdza więc swej gotowości.

- W Londynie był Pan 9. maratończykiem igrzysk, zarazem najlepszym z Europejczyków. Jak będzie na brazylijskiej trasie w sierpniu?

- Chcę wynik z Londynu poprawić. Na razie muszę skoncentrować się na przygotowaniach. Wróciłem do poprzedniego trenera Leonida Szwecowa, Rosjanina z Saratowa, opracujemy plan. Po warszawskim maratonie na pewno najpierw odpoczynek, a potem praca, w tym na obozie górskim w Sankt Moritz. W Brazylii jeszcze nie biegałem. Startowali tam dwaj moi znajomi i mówią o trudnościach klimatycznych. Niełatwo więc będzie nie tylko z rywalami, ale z temperaturą, wilgotnością itp.

- Ma Pan 34 lata, jak długo potrwa kariera maratończyka?

- Planuję jeszcze 3 lata, a jak zdrowie pozwoli, wystartować jeszcze na igrzyskach w Tokio. Znam maratończyków, którzy liczą po 38 lat. Staram się rozsądnie gospodarować siłami, nie biegam zbyt często. Niektórzy się dziwią, że mnie brak na jakichś zawodach ulicznych w kraju, niemniej układam swe biegi tak, by nie wyczerpać organizmu. Przy tej taktyce może dotrwam do olimpijskiej Japonii.

- Ile Pan ma maratonów w karierze?

- Już nie liczę, ale kilkanaście. Tylko trzy razy nie ukończyłem biegu, poza Japonią w marcu, dwukrotnie na mistrzostwach Europy. Akurat do tej imprezy mam pecha. W 2010 roku Barcelonie przyplątała się kontuzja kolana, a w 4 lata później w Zurychu, gdzie miałem duże ambicje, przed startem zachorowałem na anginę, do biegu zgłosiłem się siłę woli, jednak zdrowia zabrakło. W tym roku też są mistrzostwa Europy, w lipcu w Amsterdamie, ale ponieważ jest rok olimpijski, nie mają w programie maratonu. Nie sposób biegać wyczynowo 42 km i 195 metrów miesiąc po miesiącu. W Amsterdamie będzie tylko półmaraton.

- Ma Pan odpowiednie warunku przygotowań do igrzysk?

- Tak, nie narzekam. Pochodzę z Muszyny, tu często trenuję, mam rodzinę, ale jestem klubie WKS Grunwald Poznań, jakiś czas byłem w Podgórzu Kraków. Mój zawód to żołnierz, starszy szeregowy w Wojskowym Zespole Sportowym w Poznaniu, który pomaga sportowcom z mundurze.

- To może po udanych igrzyskach jakiś awans w wojsku?

- Z imprez wojskowych w biegach przywoziłem sporo medali, ale nie tylko sport liczy się przy awansie.

Rozmawiał: Jan Otałęga