Pół wieku ery tartanu

Mija właśnie pół wieku od 19. Igrzysk Olimpijskich w Meksyku (12–27 października 1968), które okazały się szczególne pod wieloma względami.

Pierwszy raz zorganizowano igrzyska w w Ameryce Łacińskiej. Olimpijski ogień rozszerzał się więc na kolejne kontynenty i na starcie w wyścigu do organizacji największej sportowej imprezy świata została tylko Afryka i to trwa do dziś (Antarktydy nie liczymy). Meksyk położony jest na wysokości aż 2200 metry nad poziomem morza, a więc olimpijczycy pierwszy raz natknęli się na poważne przeszkody, które zgotowała im natura, rozrzedzone powietrze - z wysiłku biegacze mdleli, w biegach długich wyniki nawet o minutę, dwie okazywały się gorsze od rekordów światowych. Odwrotnie było w sprintach i skokach, tu bito rekordy, w czym - poza wysokością – jeszcze pomagał im po raz pierwszy położony na bieżni i skoczni tartan.

Redaktor Bohdan Tomaszewski tak krzyczał w radiu do Polski: - proszę państwa, coś niezwykłego się dzieje na skoczni w dal, jakiś fenomenalny wynik uzyskał Amerykanin Bob Beamon. Widzę, jak zerwali się wszyscy sędziowie, mierzą raz po raz, dyskutują, a Beamon teraz tańczy ze szczęścia. - Za chwilę ogłoszono wynik. W Meksyku doszło do skoku w kosmos, albo skoku w XI wiek, tak to określano. Beamon uzyskał wynik 8,90 m, lepszy od rekordu globu o 55 cm. Ten rekord świata przetrwał do 1991 roku, a nadal jest rekordem olimpijskim. O skoku wzwyż red. Tomaszewski tak opowiadał w radiu: - coś niesamowitego, Amerykanin Dick Fosbury skacze jak nikt dotąd, tyłem do poprzeczki... co za wyczyn, jakby w cyrku. - Do tej pory skoczkowie stosowali styl przerzutowy lub nożycowy, przodem i bokiem do poprzeczki, a Fosbury zastosował odmienny sposób, plecami do poprzeczki, styl ten zwany flopem odtąd przyjął się na całym świecie.

Inną rewolucją w Meksyku było zapalenie znicza olimpijskiego pierwszy raz przez kobietę. Uczyniła to meksykańska biegaczka Enriqueta Basilio, a media w Polsce mocno podkreślały, że jej trenerem jest nasz rodak Włodzimierz Puzio, wtedy szkoleniowiec w Meksyku. Mieliśmy więc jakiś polski akcent podczas ceremonii igrzysk.

Polska utrzymała w Meksyku miejsce w pierwszej dziesiątce sportowych państwa świata, do której weszła 8 lat temu wcześniej w Rzymie. Wprawdzie nie zdobyła 7 złotych medali jak w 1964 r w Tokio, ale 5 trofeów to też był pokaźny dorobek. Mazurka Dąbrowskiego wysłuchali: Irena biegaczka na 200 m Irena Szewińska, strzelec Józej Zapędzki, szermierz Jerzy Pawłowski, sztangista Waldemar Baszanowski i bokser Józej Kulej. Dwaj ostatni obronili złoto z Tokio. Dla kibiców w Polsce Meksyk był ważnym krokiem, bo pierwszy raz u nas przeprowadzano transmisje telewizyjną z innego kontynentu. W TVP urządzono po raz pierwszy studio olimpijskie, w którym brylował redaktor Jacek Żemantowski.

W ogniu tych wydarzeń pół wieku temu był biegacz Cracovii na 400 m, 20-letni Jan Balachowski. - Pół wieku, jak to szybko przebiegło – uśmiecha się były lekkoatleta z Krakowa. - Wyjazdu na te igrzyska byłem pewny na długo przed nimi. W 1966 roku zostałem powołany do kadry seniorów na 400 metry, choć jeszcze byłem juniorem. Starsi biegacze powitali mnie życzliwie, bo sądzili, że młodzian z Krakowa im nie zagrozi. Tymczasem za rok byłem już w ścisłej czołówce krajowej i zagranicznej, pojechałem na zawody przedolimpijskie do Meksyku. W sezonie olimpijskim znajdowałem się w wysokiej formie, więc miejsce w reprezentacji nie było zaskoczeniem. Natomiast wyjazd do Meksyku mogły pokrzyżować inne sprawy. Raz, że na półtora miesiąca przed igrzyskami zerwałem mięsień czworogłowy. Niestety, opieka lekarska w naszej kadrze nie stała na wysokim poziomie. Na szczęście pomagali francuscy lekarze, a trener kadry Gerard Mach, dzięki swym koneksjom, załatwił z ekipy RFN specjalne lepy na udo. Tak obandażowany biegałem w Meksyku. Drugi czynnik, który powodował zagrożenie igrzysk to sprawy polityczne. W Meksyku dochodziło do demonstracji, natomiast w Europie wojska tzw. Układu Warszawskiego najechały na pragnącą większej swobody Czechosłowację. Komitet Olimpijski RFN nawet wnioskował o odwołanie igrzysk. Ostatecznie do Meksyku wszyscy pojechali. Tyle, że na miejscu ekipa CSRS nas, jak i innych sojuszników Układu Warszawskiego, ignorowała, nie chciała z nami rozmawiać.

Takie to były niespokojne czasy, niemniej olimpijskie święto się odbyło. Jan Balachowski maszerował na Estadio Olimpico w defiladzie otwarcia igrzysk. Tam zapoczątkowano nowy rozdział w lekkoatletyce – erę tartanu.
- Zetknąłem się z tą nową bieżnią już na zawodach przedolimpijskich – wspomina biegacz. - Drugi raz na igrzyskach. Fakt, ten wynalazek pozwalał na uzyskiwania lepszych wyników sprintach i skokach. Niemniej wymagał odpowiedniego przygotowania, należało na tartan znacząco wzmocnić siłę nóg.

Dzięki tartanowi bito wtedy kolejno rekordy świata w skokach. Balachowski był świadkiem fantastycznego skoku Beamona: - Siedziałem na trybunie blisko skoków razem z trójskoczkami Józefem Schmidtem i Janem Jaskólskim. Widzieliśmy jak po skoku Beamona nastąpiło poruszenie wśród sędziów. Musieli ustalić też, czy prędkość wiatru nie przekraczała dozwolonych 2 metrów na sekundę. Istotnie, wiało wtedy mocno. Sędziowie mieli kłopoty z wiatromierzem, długo nie potrafili odczytać wskaźników, pomagali im arbitrzy z innych konkurencji. W końcu podano, że wiatr nie przekroczył 2 metrów, rekord mógł być uznany. Jednak doświadczeni skoczkowie Schmidt i Jaskólski nie uwierzyli sędziom, twierdzili, że na pewno wiatr sięgał do 3 metrów… Być może, opieram się na ich opinii , jako fachowców.

Jan Balachowski oglądał też dziwne skoki Fosbury,ego i też kręcił głową zaskoczony, że można skakać tyłem do porzeczki. Dopingował polską drużynę, gratulując Irenie Szewińskiej złota na 200 metrów i brązu na 100 m. Niestety, w biegu sztafetowym pani Irena zgubiła pałeczkę, szansa na medal przepadła. Pretensje do zawodniczki miało wiele osób, także koleżanki ze sztafety, pojawiły się pogłoski, że zrobiła to celowo... Balachowski jednak uważa, że to był przypadek, każdemu w sztafecie się może zdarzyć. Szewińska po tej awanturze usunęła się na rok w cień, urodziła syna, z kolei wróciła na bieżnie po kolejne laury.

- Pamiętam z kolei z tych igrzysk – kontynuuje były biegacz z Krakowa – jak po nieudanym występie na 100 m stylem klasycznym pływak z Meksyku Felipe Munoz publicznie oświadczył w miejscowym kościele, że jeśli nie wygra na 200, popełni samobójstwo. Na szczęście wygrał. Inną nowością igrzysk były obowiązkowe badania płci.

Jan Balachowski w końcu sam stanął na starcie. Walczył nie tylko z rywalami, ale i wysokością. Rozrzedzone powietrze sprawiało, że zawodnicy na mecie mdleli z wysiłku. Służby medyczne zakładały im maski z tlenem i transportowały do przygotowanego przy trybunach szpitaliku, gdzie olimpijczycy dochodzili do siebie. Krakowianin w biegu na 400 m dotarł do ćwierćfinału, najlepiej spisał się Andrzej Badeński, był 7. w finale. W sztafecie 4x400 m polska czwórka dobiegła do finału.

- Tego dnia, 20 października, nigdy nie zapomnę - zarzeka się Jan Balachowski. - Walczyliśmy o medal. Tymczasem z przerażeniem obserwowałem, jak na pierwszej zmianie aktualny mistrz Europy na 400 m Staszek Grędziński traci dystans do innych. Miał czas dużo ponad 46 s, na czele znaleźli się faworyzowani Amerykanie i rewelacyjny Kenijczycy. Odebrałem pałeczkę od Staszka, goniłem rywali, zszedłem nawet na trzeci tor, nadrobiłem metry, w strefie zmian byliśmy już bardzo blisko Niemców i Anglików. Czas uzyskałem bardzo dobry 44,7 s, ale też z wysiłku „odcięło mi prąd”. Na trzeciej zmianie Janek Werner rwał wielki susami, niemniej w końcówce trochę osłabł, uzyskując czas 44,8. Ruszył Badeński, walczył o brąz. Tracąc przytomność i leżąc przy bieżni, widziałem jak Andrzej wykonuje rozpaczliwy rzut na linię mety i dogania biegnącego dotąd na 3. miejscu Jellinghausa (RFN). Wylądowałem w pobliskim szpitaliku, a kiedy się ocknąłem, zobaczyłem niespokojne twarze kolegów i trenera Macha. Wyszedłem na stadion i zobaczyłem, jak dekorują sztafety USA, Kenii i RFN. Byłem tak oszołomiony, że nawet nie płakałem. Badeński na swej zmianie miał czas 44,3, nam i Niemcom wyliczono rezultat 3.00,5 min, co było rekordem Europy. Jak się dowiedziałem, długo trwały targi, komu przyznać brąz, nawet fotokomórka nie była jednoznaczna. Duże wpływy w MKOl miał zachodnioniemiecki działacz Max Danz. co pewnie nie było bez przyczyny na werdykt komisji, która wskazała na Niemców. Wydaje się, że sprawiedliwym byłoby przyznać obu sztafetom medale. Polskie kierownictwo złożyło protest, ale nie poparło obowiązkową opłatą 300 dolarów. Kasę trzymał ówczesny szef PKOl Włodzimierz Reczek. Komisja odwoławcza protest odrzuciła. Za rok podczas mistrzostw Europy w Atenach Jellinghaus wywalczył brąz i chciał ten medal oddać Badeńskiemu, jako rekompensatę za Meksyk…

Tak minęła wielka meksykańska przygoda. Jakie były losy naszej pechowej czwórki ze sztafety? Wener został w 1969 roku mistrzem Europy na 400 m, a Balachowski mistrzem kontynentu na tym dystansie w hali. Obaj w swej karierze wywalczyli wiele medali. Badeński, Werner i Balachowski biegali jeszcze w olimpijskim finale w Monachium w 1972, zajmując w sztafecie 5 miejsce. Niestety, Wernera i Badeńskiego już nie ma wśród nas. Pierwszego pokonał kilka lat temu nowotwór, drugi po burzliwym życiu zmarł w Niemczech. Grędziński mieszka w Wałbrzychu. - Ja po wielu latach pracy w szkolnictwie, byłem wicedyrektorem Gimnazjum nr 13, działaniu w sporcie, jestem od 2 lat na emeryturze. Utrzymuję kontakty z moim pierwszym klubem, Cracovią, ostatnio byłem na otwarciu jej hali sportowej. Niedawno na Rynku nieznany mi człowiek zagadnął, czy Balachowski jeszcze żyje (wziął mnie pewnie za kogoś innego)?! - Pewnie żyje – odpowiedziałem lekko zaskoczony.

Jan Otałęga