Małopolska „królowa” w blokach - IV

Chód: czasy teraz chude

W naszych rozważaniach o stanie posiadania i perspektywach rozwoju małopolskiej „królowej sportu” pora na chód sportowy.

Był czas - nie tak dawny – kiedy Kraków był potęgą w tych konkurencjach lekkoatletycznych. Koniec lat 90 XX wieku i początek naszego stulecia to złota era Roberta Korzeniowskiego. Zawodnik krakowskiego WKS Wawel aż czterokrotnie był mistrzem olimpijskim, 3 razy w chodzie na 50 km, raz na 20 km. Czterokrotny olimpijczyk, ponadto trzykrotnie był mistrzem świata na 50 km, a dwa razy mistrzem Europy na tym dystansie. Ustanowił rekord świata na 50 km, odniósł niezliczone triumfy w innych imprezach. Dwa razy był wybierany najlepszym sportowcem Polski, a 5-krotnie najlepszym Asem Małopolski. W tych czasach organizował w Krakowie zawody chodu „Na Rynek marsz!”, które przyciągały czołówkę światową oraz licznych kibiców.

Razem z nim startował Grzegorz Sudoł (AZS AWF Kraków), który po zakończeniu kariery przez Korzeniowskiego był najlepszym polskim chodziarzem. Trzy razy został olimpijczykiem. Specjalizował się na 50 km, został brązowym medalistą mistrzostw świata i wicemistrzem Europy.

 

W barwach AZS AWF w ostatniej dekadzie przewijało się sporo czołowych w kraju zawodników, reprezentantów kraju jak Rafał Augustyn, Jakub Jelonek, Rafał Sikora. Sukcesy odnosiły też kobiety z AZS AWF. Sylwia Korzeniowska była czołową chodziarka kraju, a jak wyjechała do Katowic, palmę pierwszeństwa przejęła olimpijka Agnieszka Szwarnóg. Startowały też jeszcze dekadę temu w AZS AWF inne utalentowane zawodniczki jak siostry Beata i Dorota Bodziochówny. Jako ciekawostkę, podajmy, że pierwszym mistrzem Polski w chodzie po wojnie był krakowianin Janusz Korosadowicz (Wisła).

Niestety, ostatnio głucho o małopolskim chodzie. W tym roku odeszli z AZS AWF Kraków Jakub Jelonek i Rafał Sikora, nie widać ich następców. Długo też nie startowała Agnieszka Szwarnóg. Mamy kryzys w małopolskim chodzie?

Wacław Mirek (AZS AWF) jest doświadczonym, wieloletnim trenerem lekkoatletycznym, w tym chodu sportowego. Pod jego ręką ćwiczyła duża grupa chodziarek AZS AWF, w tym Szwarnóg, jak i chodziarze Sudoł, Jelonek.
- Trzeba się zgodzić ze stwierdzeniem, że obecnie sytuacja małopolskiego chodu jest trudna – mówi dr Wacław Mirek. - Mamy teraz w naszym okręgu tylko małą grupkę. Dawne gwiazdy zakończyły karierę, Jelonek i Sikora wrócili do swych macierzystych miast, reprezentują inne kluby. Jedyną osobą, która może nawiązać walkę z czołówką krajową jest Agnieszka Szwarnóg. Ostatnio miała przerwę w startach, wyszła za mąż, urodziła dziecko, jednak podjęła decyzję o powrocie do chodu sportowego. Nadal jestem jej trenerem, razem pracujemy od 18 lat, zaczynała jako młoda dziewczyna, dojeżdżająca na treningi z Dobczyc. Potwierdza, że po okresie macierzyństwa jest gotowa znów wejść na trasy chodu. To zawodniczka doświadczona, a historia chodu pokazuje, że można spokojnie osiągać sukcesy po przekroczeniu 30 lat życia. Agnieszka myśli o igrzyskach w Tokio za 2 lata, popieram jej ambicje, a jako trener teraz jestem zadowolony z osiąganych przez nią prędkości na sprawdzianach. Z kolei inna moja podopieczna, chodziarka młodej fali Antonina Lorek (AZS AWF) wywalczyła I klasę sportową na 10 km, a planuje starty na 50 km. To nowa konkurencja dla kobiet w chodzie, niektórzy mówią, że mordercza dla pań, niemniej po dobrym przygotowaniu i wytrenowaniu zawodniczki stać na taki wysiłek. Nina jest pewną nadzieją… Natomiast wśród mężczyzn nie widzę teraz nikogo, kto nawiązałby do dawnych dobrych lat w Krakowie w tych konkurencjach lekkoatletycznych.

To wina, że mało szkoli się chód w klubach. W AZS jestem ja, ale chód to nie jest jedyne moje zajęcie, trenuję teraz głównie biegaczy. Zaczyna u nas w chodzie trener Tomasz Brachman. W innych klubach brak szkoleniowców chodu. Dawni zawodnicy nie podejmują zadań szkoleniowych, np. mieszka w naszym regionie były mistrz świata, potem trener, ale obecnie nie para się chodem. Zarazem nie ma reklamy tego sportu, niewiele się o nim mówi i słyszy. Młodych nie przyciąga się do uprawiania marszów. Taka sytuacja zapanowała nie tylko w naszym regionie, ale całym kraju. Posypała się nam kadra chodziarzy, jeszcze przed igrzyskami w Rio mieliśmy niezłą grupę reprezentantów, teraz się wykruszają, ci co zostali są coraz starsi, a nowe talenty nie napływają. Trzeba więc wiele wysiłku organizacyjnego w klubach, poprawy finansowania naszego sportu oraz życzliwej atmosfery w mediach, aby szeroko ruszyła praca z młodzieżą... Może jednak pojawi się talent chodu, który swoimi wynikami pociągnie wtedy pozostałych? Jednak trudno na to liczyć. Jak słabe jest wsparcie w regionie dla lekkoatletyki świadczy przypadek kulomiota Michała Haratyka. W AZS AWF doszedł do czołówki światowej, miał wyniki, w tym roku został mistrzem Europy, ale Kraków nie potrafił zatrzymać go u siebie i czołowy kulomiot świata wyjechał gdzie indziej… Jaskółką nadziei jest uruchomienie na krakowskiej AWF kierunku sport. To szansa, że tu będą podejmować studia utalentowani zawodnicy, zasilą nasze barwy klubowe, a potem wzmocnią sztab szkoleniowy.

Oto opinia byłego chodziarza AZS AWF, obecnie pracownika naukowego na AWF w Krakowie, trenera, dr. Grzegorza Sudoła: - Rzeczywiście, zawodnika uprawiającego chód na wysokim poziomie trudno teraz znaleźć w Krakowie i całym regionie. Mam podopiecznego chodziarza, to 23-letni talent, ale jest z Ukrainy, być może kiedyś otrzyma obywatelstwo polskie. Tak więc tu trzeba mieć liczniejsze grupy z naszego regionu. Gdyby przybyła do nas gwiazda chodu, jak kiedyś Robert Korzeniowski, to pewnie zainteresowała młodzież, która chciałaby podążyć jej śladem. Nie można jednak liczyć na szczęśliwy los, trzeba samemu wychować następców. Niestety, nie ma na to środków. Sytuacja lekkoatletyki, jej klubów, jest ciężka. Same, ze skromnym budżetem, nie dadzą rady. Niezbędna jest pomoc miasta, władz. Widzę jednak, że klimat do pomocy sportowcom jest przychylniejszy gdzie indziej niż w Krakowie. W Mielcu, czy w innych miastach Podkarpacia, na Śląsku, jak obserwuję, stwarza się lepsze warunki dla sportowców niż u nas. Stąd wyjazd kulomiota Haratyka z Krakowa. Trudno pojąć, że wypuszczono z naszego regionu zawodnika, który gwarantuje medale na wielkich imprezach, a startując w barwach krakowskich przyczyniałby się do znakomitej promocji miasta. Owszem, miasto funduje młodym sportowcom stypendia, ale trzeba byłoby się zastanowić, czy dawać wszystkim mało, czy wybrać rokujące talenty i dawać znacznie więcej, aby mogli spokojnie uprawiać sport. Może należałoby w tej mierze skoncentrować się nad dyscyplinami olimpijskimi? Przydałaby się zapewne jakaś specjalna komórka we władzach miasta, która pomagałaby nam np. pisać programy, wyszukiwać sponsorów. Trudno jest klubom, pozostawionym samym sobie, opanować problemy finansowe. Bez wsparcia nie będzie efektów.

Jan Otałęga