Monachijskie zaskoczenie

Polskie wieloboistki i wieloboiści mają na swym koncie wiele zdobyczy w międzynarodowych imprezach mistrzowskich. Biało-czerwoni stawali na podium zarówno w hali jak i na otwartym stadionie, byli czempionami Europy i świata, a w jednym przypadku dziesięcioboiście z kraju nad Wisłą dane było sięgnąć po medal olimpijski.

Był rok 1972. Letnie Igrzyska Olimpijskie odbywały się wówczas w Monachium, a Polska wystawiała na tę imprezę bardzo liczną ekipę. Dla niektórych trochę nieoczekiwanie znalazł się w niej dziesięcioboista Ryszard Katus. I nie chodziło o to, że Polacy nie liczyli się wówczas w tej konkurencji. Wręcz przeciwnie. W kraju żywiono nadzieję, że Ryszard Skowronek lub Tadeusz Janczenko mogą w stolicy Bawarii powalczyć o medal. W sukces Katusa raczej nie wierzono.

 

Pierwszy dzień zawodów potwierdzał te przypuszczenia. Janczenko i Skowronek startowali znakomicie i w klasyfikacji generalnej byli odpowiednio na trzecim i czwartym miejscu. Co do Katusa, też wszystko zdawało się być w normie. Był on jedenasty.

Drugi dzień zmagań rozpoczął się jak zwykle od biegu na 110 m ppł. Już w pierwszej serii na starcie stanęło dwóch naszych Ryszardów. Ładnym, równym rytmem biegli, niestety, tylko do trzeciego płotka. Na czwartym Skowronek miał ogromne problemy, z których jakimś cudem wybrnął. Nie opanował jednak całkowicie sytuacji, gdyż w piąty płotek uderzył dość mocno nogą. Dobiegł do końca, jednak bieżnię opuścił kulejąc.

W tym samym czasie, gdy Skowronek omal nie zakończył swojego udziału w Igrzyskach, doskonale radził sobie Katus. Na mecie był pierwszy, a całą konkurencję ukończył na drugim miejscu. Dało mu to awans na szóste miejsce w klasyfikacji generalnej.

Po rzucie dyskiem nadal był szósty, tracąc osiem punktów do piątego Janczenki. Nie było więc źle. Szkoda tylko, że uraz odniesiony na płotkach zmógł Skowronka. Oddał on tylko jeden rzut w dysku i wycofał się z zawodów.

Po ósmej konkurencji Polacy, którzy skoczyli po 4.50 o tyczce, przesunęli się o jedną pozycję wyżej każdy. Po rzucie oszczepem sytuacja powtórzyła się. Janczenko był więc już trzeci, a Katus czwarty. Uwzględniając zaś fakt, że z wyjątkiem lidera Awiłowa z ZSRR, któremu nic już nie mogło odebrać zwycięstwa, różnice pomiędzy zawodnikami z czołówki były niewielkie, o wszystkim miało zadecydować przekleństwo dziesięcioboistów – bieg na 1500 metrów.

W pierwszej serii świetnie pobiegł Amerykanin Bennett. Co prawda, przed biegiem był dopiero dziesiąty, ale wynik 4:12.2 dał mu 718 punktów (wedle tabel wielobojowych, które wówczas obowiązywały) i spore szanse na walkę o podium.

Polacy wystartowali w ostatniej, trzeciej serii. Od początku niesamowite tempo narzucił reprezentant ZSRR Leonid Litwinienko. Jego strata do Polaków była po dziewięciu konkurencjach spora, jednak nie niemożliwa do odrobienia. No ale trudno, nie można zbytnio spoglądać na innych. Trzeba biec tak, aby wytrzymać cały dystans.

Po pierwszych trzystu metrach siły opuszczają Janczenkę. Słabnie z każdym metrem i już wiadomo, że o podium może walczyć tylko Katus. Jest to tym bardziej możliwe, że trudów nie wytrzymuje Niemiec z NRD Schreyer, który przed biegiem był drugi.

Już ostatnie okrążenie. Litwinienko prowadzi z kolosalną przewagą. Wpada na metę. Długich siedemnaście sekund po nim finiszuje Awiłow. Po nim linię mety mijają Duńczyk, potem Belg. I wreszcie jest Polak. Ogromny wysiłek na ostatnich metrach. Trzeba jeszcze trochę przycisnąć. Tu każdy ułamek sekundy jest istotny. Wreszcie upragniona meta. Czas Katusa to 4:31.9. Czy wystarczy do medalu? Reprezentanci ZSRR są poza konkurencją. Czy będzie więc brąz? Tak! Będzie! Ryszard Katus wyprzedza Amerykanina Bennetta o 10 punktów! Czyli o około 1,5 sekundy w biegu na 1500 metrów. 1,5 sekundy na wagę jedynego medalu olimpijskiego dla polskiego wieloboju.

DZ