Jak Henryk Szordykowski podbijał Amerykę

Asy Małopolski 2016. Jak Henryk Szordykowski podbijał Amerykę
Sylwetka. Olimpijczyk z Meksyku i Monachium, wicemistrz Europy w biegu na 1500 metrów HENRYK SZORDYKOWSKI, który został Asem Honorowym, ma 72 lata i nadal żyje sportem.
Dawny as stadionów był jednym z najlepszych średniodystansowców na świecie na przełomie lat 60. i 70. Urodził się w 1944 roku koło Ciechanowa. Ze sportem zetknął się dopiero w trakcie służby wojskowej.
- Przed laty chłopcy z miasteczek i wiosek mogli zetknąć się z wyczynem sportowym, gdy byli powoływani do wojska - wspomina. - Wtedy trafiali na jakieś zawody. Mnie powołano do jednostki w Morągu.
Dowódca zwracał uwagę na poranne biegi, a ja zawsze przybiegałem do celu pierwszy. Nie tylko dlatego, że chciałem wygrywać. Nie lubiłem tłoku, więc starałem się szybko biec, aby pod prysznicem nie mieć go wokół . Dzięki szybkości mogłem się spokojnie umyć.
Biegał dużo, w tym w masce, jak na szkolenie przystało. W zawodach wojskowych osiągał dobre wyniki. Zauważył to WKS Wawel i zaproponował mu przeprowadzkę do Krakowa, gdzie była silna sekcja lekkiej atletyki, dobrzy trenerzy i utalentowani biegacze, z Edwardem Stawiarzem na czele.
Włoch Arese biegł nie fair
Szordykowskiego prowadził trener Stanisław Ożóg, a jego podopieczny czynił szybkie postępy. Zdobywał tytuły mistrza Polski (w sumie 11 razy), bił rekordy kraju, jego koronnym dystansem stało się 1500 metrów. Podczas mistrzostw Europy, które miały wtedy wyższą rangę niż dziś, bo mistrzostw świata jeszcze nie było - zdobył 2 medale: brąz w 1969 roku w Atenach, srebro w 1971 roku w Helsinkach.
- W stolicy Finlandii miałem szansę na złoto - mówi. - Zacząłem finisz, jednak na ostatniej prostej prowadzący Włoch Arese blokował mnie, ciągle przesuwał w prawo. Bieg ukończyliśmy nie na pierwszym, drugim, ale na siódmym torze. Dziś biegacz na ostatniej prostej nie może zachowywać się tak nie fair, byłby zdyskwalifikowany.
Dwa razy uczestniczył w igrzyskach olimpijskich. W Meksyku w 1968 roku był siódmy na 1500 m, uzyskał też awans do półfinału na 800 m. Jednak kierownictwo ekipy, oszczędzając siły biegacza w wysokogórskim mieście, wycofało go z dalszej walki. Bieganie, i to w dwóch konkurencjach, było ryzykiem, Wielu zawodników mdlało, i to już po jednym biegu. 4 lata później w Monachium Szordykowski odpadł w połfinale na 1500 m.
„Wściekły Polak atakuje”

Mocną obsadę miał co roku sezon halowy w USA. W swych halach Amerykanie chcieli rządzić. Szordykowski jeździł na mityngi i biegał w wypełnionych publicznością halach.
Raz w Nowym Jorku na finiszu doszło do kontrowersyjnych wydarzeń. Prowadził faworyt gospodarzy Marthy Liquori, a krakowianin zaatakował go na finiszu. Wtedy Liquori chwycił rywala za koszulkę, Polak oddał mu łokciem. Liquori nie był dłużny, też zaatakował łokciem. Publiczność zamarła, bo biegacze prawie stanęli w miejscu i się odpychali. W końcu Liquori zerwał się i wpadł na metę, pokazując palcem na polskiego biegacza, że tamten jest winny incydentu. Sędziowie długo nie ogłaszali wyników lub dyskwalifikacji, która wchodziła w rachubę.
Dziennikarze pytali Szordykowskiego, czy ma pretensje do przeciwnika? Krakowianin odpowiadał, że nie, bo to jest walka, w hali różne rzeczy się zdarzają… Chciał uspokoić podgrzaną atmosferę. Sędziowie chyba czekali na takie pojednawcze stanowisko Polaka, bo wtedy podali, że wygrał Liquori.
Szordykowski sądził, że sprawa się zakończyła, ale w następnych dniach napięcie wzrosło. Prasa zaczęła pisać o kolejnym pojedynku obu biegaczy. Polaka nazwano lisem na bieżni, przytaczano wypowiedź Liquorego, że jeśli w kolejnym biegu rywal go dotknie, obaj nie ukończą biegu… W jednej gazecie widniał tytuł: „Wściekły Polak atakuje”. W tej sytuacji w hali w Toronto pojawił się nadkomplet ludzi. Pojedynek był jednak spokojny. Wygrał nieznacznie Liquori, a drugi na mecie Szordykowski otrzymał specjalny puchar za walkę fair.
Trzy razy triumfował w mistrzostwach USA w halowym biegu na milę. Wygrywał w jaskini lwa, choć Amerykanie chlubili się plejadą czołowych średniodystansowców świata. Raz Irena Szewińska, Andrzej Badeński i Szordykowski dowiedziała się, że za jej starty i wyniki Polsce zapłacono 300 tys. dolarów.
- Chciałbym mieć choć pięć procent tej sumy - westchnął Szordykowski. Czasy w Polsce były takie, że z tych dolarów sportowcy nie mieli nic, na wyjazdy otrzymywali tylko diety.
Na czym będziemy biegać?
Po zakończeniu kariery Szordykowski był radnym dzielnicy Bronowice, zajmował się problemami trudnej młodzieży. Był też trenerem w Wawelu. Założył sekcję biegów w Proszowicach. Był trenerem kadry narodowej seniorów w biegach średnich.
Przystąpił do pracy szkoleniowej pełen zapału, tymczasem świat się zmieniał. Kiedyś po omówieniu zajęć treningowych z kadrowiczami Szordykowski zapytał, czy ktoś ma pytania. Padło jedno: „Na czym będziemy biegać?”. Trener złapał się za głowę. Jasne było, że biegacze wierzyli jedynie w moc „koksu”.
- Nigdy nie stosowałem niedozwolonych środków - zapewnia Szordykowski. - Moim „dopingiem” był tylko talent i ciężka praca. Mówiłem podopiecznym, że jeśli coś brałem, to kotlet mielony czy bigos, bo tym faszerowano nas, sportowców. O diecie sportowej nie było wtedy mowy. Jeśli mogłem doścignąć czołówkę światową, to tylko dzięki długim treningom. Pamiętam, jak ze Stawiarzem wracaliśmy z Warszawy do Krakowa. Pociąg wtedy jechał sześć godzin. Dojeżdżaliśmy na godzinę 11 wieczór i szliśmy na ulicę Opolską pobiegać nawet o północy.
Pracowity emeryt
Dziś olimpijczyk, medalista ME i mistrz Ameryki jest na emeryturze, ale nie odpoczywa.
- Mieszkam w Wieliczce - mówi. - Burmistrz wybudował ładny stadion lekkoatletyczny, szkolę młodych biegaczy. Prowadzę też maratończyka-weterana. Jestem konsultantem treningowym boksera Artura Szpilki. Może z Wieliczki wyjdzie kolejny olimpijczyk albo choćby medalista mistrzostw Polski. Z satysfakcją oglądam w telewizji występy moich następów w biegach średnich Marcina Lewandowskiego i Adama Kszczota. Lepsi są oczywiście w biegu na 800 metrów. Na 1500 metrów, moim kiedyś koronnym dystansie, takiego asa nie mamy. Radziłbym Lewandowskiemu, aby zaczął się specjalizować na tym dłuższym dystansie, bo ma do tego predyspozycje...
Jan Otałęga